Sean Paul – Mad Love: The Prequel (2018), recenzja Dominiki Możdżeń

Od wydania poprzedniego albumu Seana Paula minęły trzy lata. W międzyczasie mogliśmy go usłyszeć w takich hitach jak No Lie czy Rockabye. I wreszcie! Pod koniec czerwca do sprzedaży trafiła płyta Mad Love The Prequel. Tylko czy jest warta kupna?

Znalezione obrazy dla zapytania sean paul mad love

Po spojrzeniu na listę utworów od razu można zauważyć, że krążek opiera się na współpracy z topowymi artystami. Pojawiają się tu takie nazwiska jak Ellie Goulding czy Dua Lipa. Mimo tego, że brzmi to jak gwarancja sukcesu, całość może trochę rozczarować.

Przede wszystkim pamiętajmy, że Seana Paula nie słucha się dla tekstów, bo, nie oszukujmy się, nie są zbyt głębokie. Zdecydowanie przeważa tematyka związana z kobietami i seksem, ale to taki typ muzyki, więc wiele nie zarzucam. Tutaj przede wszystkim trzeba zaciągnąć ludzi na parkiet. I udaje się to, chociaż nie we wszystkich przypadkach. Ale zacznijmy od dobrych stron.

Największą popularność zyskały utwory opublikowane dużo wcześniej. No Lie czy Mad Love przez długi czas można było usłyszeć w rozgłośniach radiowych. Moim zdaniem jak najbardziej słusznie, bo idealnie nadają się do rozkręcenia imprezy. Mamy tu Duę Lipę, która króluje w rankingach popularności, oraz Becky G czyli muzyczną petardę. Chociaż muszę przyznać, że w drugim przypadku królują jednak rytmy narzucone przez Davida Guettę. I jak się okazuje, współpraca ze światowej klasy DJ-ami była strzałem w dziesiątkę. Świetnym przykładem jest tu też hit Tip Pon It rozkręcony przez trio Major Lazer. Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o najbardziej dynamiczny zestaw na tej płycie.

Wielkim rozczarowaniem jest dla nie mnie na pewno Naked Truth. Muszę przyznać, że oczekiwałam dużo mocniejszego wstępu. Niestety, nie ma tu nic zachwycającego. Głosu Jhene Aiko słucha się dobrze, ale to wszystko. Podobnie jest w Jet Plane Trip. Stefflon Jon nie wnosi nic specjalnego, a utwór najlepiej odtwarzać w tle. Sean Paul też nie podnosi poprzeczki.

I tu widoczny jest główny problem, bo to nie jedyny przypadek, gdzie artysta się nie wyróżnia. Momentami zostaje nawet przytłoczony przez innych muzyków. Jak w przypadku Body, gdzie przypomina on bardziej dodatek do zwrotek grupy Migos. Nie dziwne, że komentarze pod klipem wyróżniają przede wszystkim raperów.

Dużo bardziej udana okazała się współpraca z Tory Lanezem przy Tek Weh Yuh Heart, gdzie głosy wykonawców po prostu do siebie pasują. Podobnie w przypadku Bad Love, gdzie dancehallowy rytm dobrze komponuje się z klimatycznym refrenem Ellie Goulding.

Ale co się stanie jak odrzucimy wszystkich pobocznych artystów i zostawimy tylko Seana Paula? Czy przeskoczy ustawioną w młodości poprzeczkę?

Odpowiedz daje nam Jump On It, czyli jedyny indywidualny projekt na płycie. No i tutaj mamy przykrą niespodziankę, bo spokojny klimat trochę nudzi. Cóż, Jamajczyk znany jest głównie z emanowania energią, a tego w tym przypadku zabrakło.

Na szczęście błędy się wybacza. Zwłaszcza takiej legendzie dancehallu. W końcu Sean Paul to nazwisko, które po wielu latach wciąż można znaleźć na listach przebojów (co nie zdarza się każdemu). Bezsprzecznie przysłużyły się temu single umieszczone właśnie na Mad Love The Prequel. I, mimo że płyta ma swoje wady, to milionowe odtworzenia w takich serwisach jak Youtube czy Spotify świetnie ukazują fenomen artysty. Pewne jest jedno, to na pewno nie koniec hitów i tanecznego brzmienia.

oceny

autor recenzji

Sprawdź nasze inne

Recenzje