Seal – Standards (2017), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
244

Pewnie słuchaczy, których rozkochał w sobie Seal przez te kilkadziesiąt lat, jest w czytającym nas gronie dość sporo. Ten artysta, łaskoczący nasze uszy swoim wokalem, właśnie zaprezentował dziesiąty w swojej karierze album studyjny. Jednak tym razem nie usłyszymy na nim autorskiego materiału, a covery legend swingu i jazzu. Frank Sinatra, Ella Fitzgerald czy Nina Simone – to właśnie artyści, którym hołd starał się złożyć Seal nagrywając album Standards. Udała mu się ta sztuka?

Trzeba przyznać, że z utworami, które są głęboko zakorzenione w kulturze muzycznej nie warto zadzierać. Mimo że zawsze znajdą się ich zwolennicy, jak i przeciwnicy – tych drugich zawsze będzie więcej. Zawsze kocha się te wersje piosenek, które jako pierwsze wpadły nam do ucha. Gdy po kilkudziesięciu latach ktoś próbuje się do nich dobrać, od razu mówimy NIE. Jednak zawsze warto przyjrzeć się temu, co proponują nam następcy.

Dużym atutem, tego albumu akurat, może stać się fakt, że z Sealem do pracy przysiedli właśnie Ci, dzięki którym te utwory mogły brzmieć równie dobrze lata temu. Bowiem muzykami, jakich artysta zaprosił do współpracy są Randy Waldman, pianista znany z kooperacji z Frankiem Sinatrą i Paulem Anką, Chuck Berghofer – basista współpracujący z Ella Fitzgerald i Rayem Charlesem oraz Greg Fields – bębniarz, którego podziwiać mogliśmy na koncertach Quincego Jonesa i Steviego Wondera. To brzmi chyba wystarczająco przekonująco, aby choć raz przesłuchać krążek Standards.

Znajdziemy na nim 11 utworów o różnym charakterze. Raz zbliżonym do oryginału, raz kompletnie odbiegającym od niego. Przykładem tego pierwszego może być, rozpoczynający album, Luck Be a Lady. Wykonanie Seala nie różni się wybitnie od tego, co kiedyś prezentował Frank Sinatra (poza wokalem oczywiście). Trochę inaczej sprawa ma się w przypadku I’ve Got You Under My Skin. Tutaj Seal dodał nieco radości i tempa do kompozycji, a wyszło mu to całkiem dobrze. Odwroty zabieg zastosowany jest w I’m Beginning To See The Light. Zmiana tempa na spokojniejsze, a także brak wyraźnych akcentów instrumentalnych przeobraził kompozycję w delikatniejszą wersję. Środek płyty wypełnia utwór Love For Sale, który diametralnie zmienił swoje brzmienie. Umówmy się – po prawie 80. latach od wydania oryginału, można z tym utworem zrobić dosłownie wszystko, a i tak okaże się, że nijak ma się to do pierwotnej wersji. Więc po co, skoro można stworzyć coś „nowego”, ale równie dobrego. Cole Porter na pewno nie przewraca się w grobie słuchając tej jakże świeżej interpretacji. Jednak są też utwory, których świeżość dotknąć nie powinna. Jest to przede wszystkim I Put A Spell On You, w oryginale wykonywane przez Nine Simone. Seal nie pierwszy i nie ostatni, starał się zrobić z tym coś dobrego. Sztuka ta, w tym przypadku, nie udała mu się kompletnie. Kompozycja byłaby dobra, jeśli to Seal widniałby jako pierwotny autor. Jako autor coveru – może jedynie oddać cześć niezniszczalnej Ninie.

Gdy przebrniemy przez cały krążek okaże się, że jest to całkiem przyjemna płyta, do której warto zajrzeć, nawet z czystej ciekawości. Dokładnie po to, aby jedynie porównać dobrze znane nam utwory z ich nowymi interpretacjami. Seal jest na tyle utalentowanym artystą, że siłą rzeczy chcemy słuchać jego szorstkiego wokalu, w jakimkolwiek wydaniu.