Seal – 7 (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Brytyjski wokalista Seal wydał kolejną płytę. Większość z Was powie pewnie bez entuzjazmu wow i ooo, super i przejdzie obojętnie wobec kilkudziesięciu zdań, których miałam zadanie napisać. Do tego typu reakcji podchodzę ze zrozumieniem, bo… macie po części rację. Dlaczego? Dowiecie się za chwilkę. Zapraszam.

7 to wbrew pozorom dziewiąty krążek wokalisty. By zrozumieć, skąd siódemka w tytule płyty, wypadałoby spojrzeć na dyskografię. Seal przecież raczył nas wydawnictwami koncertowymi czy też dwoma albumami zawierającymi covery. Pamiętajmy przecież, że ostatnia znana nam część, Soul 2 ukazała się 5 lat temu. Odejmując tych kilka wyjątków będziemy mieli właśnie taką, szczęśliwą autorską siódemkę.

Seven to – mówiąc w telegraficznym skrócie – kolejne wydawnictwo podsumowujące karierę muzyka. Nie jest to typowe the best of, jest to raczej kontynuacja wcześniej wydeptanej przez artystę muzycznej drogi. Dowodem na to jest chociażby kompozycja otwierająca krążek Daylight Saving. Charakterystyczny klimat dla numerów Seala jest wyczuwalny już po pierwszych dźwiękach. Singlowe Every Time I’m With You również pod tym względem nie zaskakuje, jednakże wybór tego kawałka na sztandar promocyjny albumu to dość dobry komercyjny ruch. Podobnie ma się rzecz z wydanym równolegle Do You Ever. Idealnie nadaje się do radia, lecz obawiam się, że nie ma wśród dyrektorów muzycznych tegoż medium aprobaty dla tego typu numerów. Nie jest to przecież Kiss From A Rose czy Love’s Divine, prawda?

Na albumie jest także kilka niespodzianek. Mamy przecież przepiękną balladę The Big Love Has Died, z mocno wyeksponowanymi słowami tytułu. Dźwięki fortepianu, w towarzystwie instrumentów smyczkowych spisują się wręcz wyśmienicie. Jedna z ciekawszych kompozycji roku. Do plusów wydawnictwa można śmiało jeszcze dodać numery Padded Cell i Monascow. Ten pierwszy to mocny kandydat na nowy singiel (nie promocyjny), gdyż pokazuje zaskakującą twarz Seala. To wręcz ukłon dla współczesnej muzyki, zachowując przy tym klasę. Fajnie byłoby wyeksponować ten utwór w promocji krążka, by pokazać społeczeństwu, że mimo upływu lat nadal może być dobrze. Monascow to kolejny w ostatnim czasie (modny także wśród innych artystów) throwback do klimatu ostatnich muzycznych dekad. Mamy trochę funku… oraz lekkie skojarzenie do utworu duetu Gnarls Barkley, Crazy (znacie to chociażby z reklam).

Reszta siódemki to tak naprawdę powtórka z rozrywki. Jest taneczne Life On The Dancefloor, które miało przypomnieć czasy debiutu oraz wydany trochę później krążek System. Love, Half A Heart, Redzone Killer oraz napisane od początku do końca przez Seala Let Yourself… też znamy z dyskografii artysty – można tam znaleźć bratni utwór. Jednak trudno z wyżej wymienionych uczynić jakąkolwiek wadę. Jedyne, co można im zarzucić to właśnie ta powtarzalność – bo nadal mamy do czynienia z numerami stworzonymi naprawdę na wysokim poziomie.

Seal przyzwyczaił nas, słuchaczy, do kompozycji stonowanych, takich z duszą na ramieniu. Rozczaruję tych, którzy sądzą, że wraz z dziewiątym krążkiem nastąpiła jakaś rewolucja, chociaż lekka. Zmiana jest – w tekstach (które są nadal dobre!) i melodii utworów zawartych na płycie, lecz niezmienne pozostają dwie rzeczy: klimat każdej kompozycji oraz wprawiający chwilami w zadumę głos wokalisty.

Czytaj również