Sarsa wystąpiła w toruńskim Lizard Kingu. Relacja Kamila Kopki i zdjęcia Jakuba Molina

Sarsa budziła moje zainteresowanie od pierwszego pojawienia się na scenie programu The Voice. Dzięki czwartkowemu koncertowi w toruńskim Lizard Kingu wreszcie miałem szansę zobaczyć i usłyszeć ją na żywo.

Sarsa jest jedną z takich wokalistek, które można kochać lub ich nie znosić. Szczerze mówiąc, idąc na jej koncert nie spodziewałem się fajerwerków, planowałem raczej stanąć z tyłu i zobaczyć, co ma do zaoferowania ta artystka. Zdanie zmieniłem już przy pierwszej piosence i błyskawicznie znalazłem się pod sceną.

Jak sama podkreślała podczas koncertu, promuje on jej najnowsze wydawnictwo, Pióropusze, dlatego skupiła się na zaprezentowaniu piosenek właśnie z tej płyty, która mimo wszystko znałem mniej niż jej debiutancki krążek. Koncert Sarsy śmiało mogę uznać za jeden z najlepszych, na jakich byłem, dlatego, że wyszedłem z niego totalnie zaskoczony. Piosenki, które zaprezentowała były wykonane w nieco innych aranżacjach, co bardzo mi się podobało, a sama wokalistka pokazała się z delikatnie innej strony – bardziej „elektrycznej” i mam wrażenie, że właśnie takiej, jaką czuje w środku. Gołym okiem można było zauważyć, że kocha to, co robi i wkłada w to całą siebie. Jej charakterystyczne ruchy sceniczne, zmiany głosu i temperament – to wszystko wpłynęło na efekt końcowy całego koncertu. Dodatkowo po występie, Sarsa wyszła do fanów, rozdawała autografy, robiła sobie zdjęcia i z każdym starała się zmieniać chociaż kilka słów.

Po tym koncercie mogę śmiało powiedzieć, że zdecydowanie zaliczam się do wielbicieli Sarsy i jeżeli macie możliwość pójścia na jej koncert – idźcie. Obiecuję, że się nie zawiedziecie, a wręcz przeciwnie, zmienicie swój stosunek do tej artystki.

Czytaj również