Są rzeczy, których kupić nie można – nawet płacąc kartą MasterCard. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Parę dni temu na naszym Facebookowym fanpage’u przeczytałem ogłoszenie informujące, że nasza redakcja poszukuje chętnych ludzi do pisania newsów i tekstów publicystycznych. Jak łatwo się było domyślić, pierwsze zapytanie od jednej z czytelniczek brzmiało: a za jakie wynagrodzenie? Pod jej wpisem pojawiło się kilka negatywnych komentarzy, z których treści jasno wynikało, że dziennikarstwo muzyczne powinno być pasją, a nie sposobem na zarabianie pieniędzy. Cóż, po części zgadzam się z takimi opiniami, ale nie należy też zapominać o tym, że każda praca powinna być w jakiś sposób wynagradzana.

Nie ma nic gorszego niż pracowanie za darmo. W naszym kraju, niestety, taki proceder jest bardzo popularny wśród wielu szefów, którzy pod przykrywką odbywania praktyk, czy innych stażów, mają najzwyczajniej w świecie darmowego pracownika. Sam byłem kimś takim w jednej z krakowskich gazet – dużym tytule, będącym, wedle statystyk, najczęściej czytaną gazetą lokalną w dawnej stolicy Polski. Przez miesiąc jeździłem po konferencjach prasowych, gdzie w ramach prezentu dostawałem pendrive’y z logami organizacji, które przedstawiały pomysły na Dni Ziemi, czy zamalowywanie wulgarnych napisów na blokach mieszkalnych. Chodziłem na otwarcia wystaw, odsłonięcia pamiątkowych tablic, i tak dalej, i tak dalej. Byłem typowym chłopcem na posyłki. Pewnego dnia zastępowałem jedną dziewczynę z redakcji, która w czasie swojego telefonicznego dyżuru przy telefonie poszła na zajęcia na uczelnię. Jak myślicie, czy dostałem za to zastępstwo jakiekolwiek pieniądze? Odpowiedź jest oczywista.

Po przebyciu tych praktyk nawet nie wziąłem jakiegokolwiek zaświadczenia, potwierdzającego ich zrealizowanie. Z tego niepłatnego miesiąca pracy wyniosłem dwie rzeczy: a) świadomość, że nigdy, przenigdy, nawet jak miałbym jeść własne paznokcie, nie będę pracował w gazecie codziennej, bo to najmniej kreatywna praca na świecie oraz b) pendrive’y. Dlatego nie dziwię się, że ktoś zapytał, ile może na pisaniu dla nas zarobić. Osoby nie siedzące w temacie myślą, że dziennikarstwo przynosi kokosy. Rzeczywiście jest to możliwe, ale wymaga to ogromnej cierpliwości, sporej ilości czasu oraz wiary, że jest się w tym naprawdę dobrym.

Mam 21 lat. 13 sierpnia skończę 22 (pamiętajcie, żeby złożyć mi wtedy życzenia). Swoją przygodę z dziennikarstwem zacząłem w lutym 2011 roku. Mając 17 lat, prowadziłem półgodzinny mini-program w rzeszowskim Radiu Centrum. Zapłatą była satysfakcja z tego, że moi koledzy z klasy mogli co niedzielę usłyszeć mój głos na falach swoich radioodbiorników oraz zdobywanie doświadczenia. Po dwóch latach opuściłem szeregi tej rozgłośni, by po przeprowadzce do Krakowa, związanej z rozpoczęciem studiów, zacząć pracę w studenckim Radiu17, mieszczącym się na miasteczku AGH. Tam moim wynagrodzeniem była możliwość poszerzania radiowych umiejętności w związku z prowadzeniem autorskiej audycji o muzyce pop punkowej oraz programów porannych, które rządzą się własnymi prawami i są „gadaniem o niczym, które jednak ma w jakiś sposób przyciągnąć słuchacza”. Spędziłem tam dwa lata. Nie dostałem za to ani grosza – nawet jakiegokolwiek breloczka, czy długopisu. Czy żałuję? Nie, bo w tym momencie mam czteroletnie doświadczenie radiowca, które jeżeli będę chciał kontynuować kiedyś pracę w jakiejś stacji, na pewno zaprocentuje. Mimo, że słuchało mnie może 30 – 40 osób, to środowisko pracy małej rozgłośni nie rożni się niczym od RMF FM, Radia Zet, czy Trójki – jest mikrofon i mikser, a ty musisz zaciekawić odbiorców, żeby cię nie wyłączyli.

W styczniu 2014 roku założyłem swojego bloga. Zrobiłem to, bo doszedłem do wniosku, że posiadam na tyle dużą wiedzę na temat muzyki, że byłoby szkoda, gdyby się ona zmarnowała. Nie będę podawał jego adresu, bo w porównaniu do standardów graficznych i estetycznych All About Music, wyglądał jak Maluch przy Ferrari. Lecz zawartość tekstowa na tyle spodobała się Łukaszowi Mantiukowi, że od 2 października, co sobotę dzielę się z Wami swoimi przemyśleniami oraz co jakiś czas recenzuję albumy muzyczne, książki czy koncerty, na których bywam, nie płacąc za nie nawet grosza.

I tu powracamy do zapytania, czy za pisanie na All About Music dostajemy jakieś wynagrodzenie? Odpowiedź brzmi: jak najbardziej. Nie są to przelewy na konto, tylko właśnie płyty, książki i akredytacje na koncerty. Po czerech latach regularnej pracy w radiu, dopiero teraz, pisząc tutaj, otrzymuje za to honorarium. Dla osoby, która oddycha muzyką, jest to zapłata najlepsza pod Słońcem. Poza tym daje mi coś, co ciężko wycenić: umiejętności i, wymienione już w tym tekście wielokrotnie, doświadczenie.

Cristiano Ronaldo nie zaczynał swojej kariery piłkarskiej w Realu Madryt. Queen nie rozpoczynali swojej działalności koncertowej na Wembley. Tak samo osoba, która chce zacząć zajmować się dziennikarstwem, nie zostanie od razu redaktorem poczytnych gazet, magazynów, czy portali, na których pojawiają się słono opłacane reklamy, będące jedynym źródłem ich dochodu. Ktoś taki MUSI zdobywać poszczególne poziomy po kolei. Co prawda, od czasu do czasu zdarza się, że jakaś osoba nagle pojawia się na samym szczycie tej piramidy, ale jeżeli nie posiada wieloletniej wprawy oraz odpowiednich predyspozycji, bardzo szybko z niej spada.

Swoją pierwszą recenzję dla All About Music pisałem dwa dni. Był to mój debiut i nie miałem pojęcia, jak się za nią zabrać. Teraz, po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty lub przeczytaniu książki, zajmuje mi to, jak dobrze pójdzie, 45 minut (plus oczywiście proces redagowania tekstu, pochłaniający trochę czasu). I uprzedzam pojawiające się u niektórych z Was zapytanie i oburzenie: nie, nie wpływa to negatywnie na ich ostateczny format. Po prostu nabrałem w tym wszystkim wprawy, nauczyłem się kilku schematów, które skracają moją pracę; przyswoiłem odpowiednie słownictwo, dzięki któremu ostateczny efekt jest na tyle ciekawy, żebyście czytając moje teksty dobrnęli do końca. Oczywiście podejrzewam, że nie zawsze tak jest, ale będąc samokrytyczny i w miarę obiektywny stwierdzam, że obecnie piszę zdecydowanie lepiej, niż np. w październiku. To tyczy się też felietonów. Zaczynając ich tworzenie, znalezienie odpowiedniego tematu zajmowało mi kilka dni. Dzisiaj – kilka minut. Niekiedy rzeczywiście mam pustkę w głowie, ale w 95 % przypadków bardzo szybko wypełnia ją pomysł, który okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przyznam się, że czasem felieton, nad którym zastanawiałem się dłuższy okres, mniej przypadł Wam do gustu niż ten, który powstał w pół godziny. Dlaczego? Zdobyłem doświadczenie. Mam większą wiedzę na temat tego gatunku dziennikarskiego. Czytany przez Was tekst jest dokładnie trzydziestym, jaki pojawia się na naszym portalu. Wymaga to ode mnie systematyczności, która daje wymierne efekty. Kiedyś w tym felietonie pojawiłoby się trzydzieści błędów ortograficznych. Dziś jest tylko piętnaście. Poprawiłem swoje umiejętności na tyle, że nawet wykładowcy zaczęli chwalić mój styl, co jeszcze rok temu było wręcz tak samo niemożliwe jak to, że Paul McCartney nagra piosenkę z Rihanną, czy Kanye Westem.

Jeżeli ktokolwiek zastanawia się, czy pisać dla All About Music, zachęcam go do tego w 100%. Jeśli ktoś chce robić to tylko dla pieniędzy, to jednak niech wyśle swoje CV do Pudelka. W dalszej perspektywie, praca ta (prócz „muzycznych pieniędzy” w postaci płyt, itp.) da Wam tyle doświadczenia, że będziecie bili na łeb osoby chcące z marszu zaistnieć w świecie dziennikarstwa. Są rzeczy, których kupić nie można – nawet płacąc kartą MasterCard.

Brak doświadczenia w danej dziedzinie jest jedną z nich.

Czytaj również