Kojarzone bardziej z czernią i bielą brytyjskie duo z Brighton wydało płytę pełną koloru. Z jednej strony zaskakującą, z drugiej nie tak bardzo – bo mamy tutaj powiew świeżości i nowe inspiracje, a jednak, nadal możemy usłyszeć to masywne, ciężkie brzmienie, z którego słynie Royal Blood. Tylko czy takie połączenie może się udać?

Powstali w 2011, jednak w obecnym składzie grają i wydają od 2013. W 2014 ukazał się ich debiutancki krążek zatytułowany po prostu Royal Blood i branża oszalała na ich punkcie. Wcale mnie to nie dziwi. Po drugim, równie świetnym How did we get so dark? odrobinę obawiałam się jednak co czeka nas na Typhoons i w jakim kierunku pójdą panowie.
Pierwszym singlem zwiastującym najnowsze wydawnictwo był Trouble’s coming i podsycił tylko moją ekscytację. Mike Kerr i Ben Thatcher mówią, że to heavy wersja Bee Gees. No to pięknie, pomyślałam – czyżby idziemy bardziej w elektronikę? Czy panowie nie zatracą swojego charakterystycznego, garażowego klimatu? Zakochałam się w tym riffie, zaskoczona mimo wszystko jakby mniej mroczną stroną zespołu, czekałam (z lekkim niepokojem) na więcej.
Dopiero kilka miesięcy później ukazało się tytułowe Typhoons i już wiedziałam, że jest na co czekać. Pojawił się kolejny element świeżości, którego nie do końca byłam w stanie zdefiniować, ale wiedziałam, że się nie zawiodę.
Po drodze pojawiło się Limbo i usłyszawszy pierwsze kilkanaście sekund utworu, musiałam się upewnić czy to na pewno Royal Blood. Jednak zagłębiwszy się w tekst, w którym Mike śpiewa „Wake up every morning almost surprised I survived” zrozumiałam, że możemy mieć tu do czynienia z czymś głębszym niż na pierwszy rzut się wydaje.
Ostatnią zapowiedzią krążka był Boilermaker i mimo tego mocnego klimatu, który kocham w Royal Blood, pierwsze 2-3 odsłuchy mnie zniechęciły i potrzebowałam kilku dni żeby wrócić, i nabrać nowego spojrzenia na ten kawałek, który ostatecznie i tak nie należy do grona moich ulubionych.
Tak też, po zapowiedziach, ostatecznie z mieszanymi odczuciami, doczekałam 30 kwietnia, czyli dnia w którym album Typhoons ujrzał światło dzienne. Całościowo uważam, że się nie zawiodłam, jednak potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć co kryje się pod tą nową odsłoną. Otwierające Trouble’s coming już znałam, a następny w kolejce czekał utwór Oblivion, który zachęcił mnie do dalszej podróży. Pierwsze skojarzenie, nie wiedzieć czemu, nasunęło mi się z Scissors Sisters – ale to tylko udowodniło mi obrany kierunek w tych kawałkach – idziemy w erę rock-disco, w których noga sama rusza się do rytmu, a pod płaszczykiem fajnej rozrywki dostajemy teksty, w których Kerr opowiada o swoich nowych realiach w świecie trzeźwości, bez używek, alkoholu i urwanych filmów.
Jak mówią panowie, krążek ten to sięgnięcie do korzeni muzyki, którą inspirowali się podobno od początku – Justice, Daft Punk czy Cassius. Nie sposób tego nie usłyszeć. Następny utwór, to jeden z nielicznych niewyprodukowany samodzielnie przez Royal Blood Who needs friend, zadziorny, bardziej w starym klimacie duetu.
Tuż po nim otwieramy się na nowe, lżejsze brzmienie w Million to One – bardziej retro-elektroniczne, wpadające w ucho – jeden z moich absolutnych faworytów.
Słuchając albumu na zapętleniu, często mam wrażenie, że te same brzmienia wykorzystane są w kilku utworach jednocześnie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Uwielbiam funkowy klimat w Mad visions czy następnie płynnie przechodzące riffy w Hold on.
I powoli zmierzając ku końcowi, czego możemy się spodziewać? Sporego zaskoczenia, jak na LP, który trochę buja, trochę pobudza, ale na pewno nie wycisza. Oczywiście, że Brytyjczycy robią coś zupełnie odwrotnego – kończą tracklistę balladą – z fortepianem, surową, szczerą, sentymentalną. Przypominającą, że powinniśmy się cieszyć czasem, który nam pozostał, bo nie wiemy co może nas czekać za rogiem.
Słuchanie Typhoons sprawia, że odkrywam zespół Royal Blood na nowo. To album, który jest sumarycznie perfekcyjną równowagą między swoim rockowym brzmieniem a nowym, bardziej elektronicznym, tanecznym kierunkiem. Pod przykrywką nadal ciężkich gitarowych riffów otrzymujemy sporą dawkę optymizmu i otwartego spojrzenia, na nowe. Lepsze. Ekscytujące.
To nowe życie i świeżość, która sprawia, że to nie tylko świetny album, ale również ogromny dowód na to, że Royal Blood mogą robić z muzyką co chcą żeby pokazać jak zdolnymi bestiami są.
- Data premiery:
- Single:
