Roxette – Good Karma (2016), recenzja Marty Muśko

1
242

Obecnie trwająca druga dekada XXI wieku obejmuje imponującą konstelację szybko wznoszących się i niekiedy jeszcze prędzej upadających gwiazd. Dla pewnej pary przyjaciół, mimo długiej i wyboistej drogi udało się przetrwać – są razem i tworzą od okrągłych trzydziestu lat. Mowa o niepowtarzalny duecie Roxette, który z tej okazji postanowił do rąk słuchaczy przekazać dziesiątą w dyskografii płytę z wyrazistym przesłaniem w tytule – Good Karma.

Rock w latach osiemdziesiątych poprzedniego XX wieku tworzył prawdziwą muzyczną potęgę. W ówczesnym okresie selekcja wokalistów, czy też zespołów była procesem znacząco utrudnionym i surowszym w odróżnieniu od czasów współczesnych. Posiadało to swoje oczywiste wady, ale i kilka przemawiających zalet. Przetrwać zdołali jedynie Ci najlepsi i gotowi na udźwignięcie presji ciążącej na odniesionej popularności. W przypadku wyjątkowego duetu Roxette na czele którego stoi niezwykle charyzmatyczna wokalistka Marie Fredriksson oraz obdarzony wszechstronnie umuzykalnionym zmysłem Per Gessle, talent broni się sam, a o niepowodzeniach przez długi czas nie mogło być mowy. Wspólnie dzielonym zamiłowaniem do muzyki zapisali całą listę przebojów do kanonu pop-rocka, sprzedając na całym świecie ponad 80 milionów płyt jako jeden z największych skandynawskich zespołów w historii. Dobra passa trwała do czasu, gdy wiele lat temu Marie rozpoczęła walkę z poważną chorobą i z którą zmaga się do dnia dzisiejszego. Dlatego trudno jest przy zawarciu znajomości z nową płytą Roxette patrzeć na nią wyłączenie przez muzyczny pryzmat…

Good Karma już na wstępie zaskakuje dźwiękami Why Dontcha?, które zostało zdominowane przez wokal Per’a, jego charakterystyczne zabawy słowne i nieprzewidywalnie ciekawe brzmienie saksofonu. Po niespełna trzech minutach słyszymy singlowe It Just Happen, gdzie podczas jego tworzenia ewidentnie kierowano się sprawdzonym balladowym instrumentarium. Pianino i niezmiennie czarująca barwa głosu Marie spowodowały, że jest to jedna z najbardziej dopracowanych pozycji na płycie. Jakie natomiast pierwsze wrażenie sprawia tytułowa Dobra Karma? To kolejna nieobliczalna kompozycja, która łączy ze sobą niepowtarzalną jakość Roxette w postaci cudownej melodii zaprezentowanej w nowoczesnej odsłonie. Jest gitara, rockowych pazur i wszystko zapowiadało się wspaniale, gdyby nie zbędny przesyt elektroniki. Kolejno w jej świat porywa nas przebojowe This One, które zdecydowanie lepiej od poprzednika sprawdza się w danej stylistyce.

You Make It Sound So Simple nie należy do ilościowo imponującego grona piosenek Roxette, które posiadają nieskończony termin ważności. Uściślając, utworem wielopokoleniowym nie zostanie, ani nie zagości na długo w pamięci. Na siłę unowocześnionego, monotonnego bitu nawet nie są w stanie uratować wokale, które dodatkowo ku zdołowaniu słuchacza zostały tu całkowicie spłaszczone. Lekka, wręcz płynąca razem z głosem Marie ballada From a Distance wypada o wiele ciekawiej i przenosi nas do kolejnego tanecznego kawałka. Przy słuchanym materiale nie mogę się uwolnić od nurtującej z samego początku myśli, że mam do czynienia z demówkami lub odrzutami z nagrywanych sesji do wcześniejszych płyt. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, jednak przy Some Other Summer dźwięk brzmiał na tyle płasko i pospolicie, że nie obeszło się bez słuchawek ze wzmocnionym basem. W drugiej połowie albumu liryczne kompozycje na tle dyskotekowych sąsiadów od strony aranżacji wypadają nieco bardziej przekonująco dzięki rozbudowanym i pewnie stawianym dźwiękom.

null

Dla miłośników twórczości Roxette za czasów kultowych przebojów jak Joyride czy Listen To Your Heart, konfrontacja z ich studyjnym powrotem może okazać się bolesna. Ze strony muzycznej towarzyszy mu zbyt przytłaczająca elektroniczna aura, natomiast niedosyt sprawia znikoma obecność dawnego popowo-rockowego ducha. Udawszy się na przechadzkę po internetowych forach zauważyłam kilkakrotnie padające zagadnienie: „Czy ta płyta była im w ogóle potrzebna?. Oczywiście, że TAK. Wychodzę z założenia, że każdy twórczy przejaw, którym artysta pragnie podzielić się ze słuchaczem ma swój głęboki sens, nawet wtedy, gdy nie jest to szczyt możliwości i nie zapisze się do najwybitniejszych dzieł artystycznych jego życia. Nie bądźmy egoistami i pozwólmy artyście podzielić się swoimi odczuciami. Odnoszę wrażenie, że tak właśnie jest z płytą Roxette, która być może została potraktowana przez autora jako pewien rodzaj terapii w zmaganiu się z chorobą liderki i przyjaciółki. Mimo wyjątkowo trudnej sytuacji, na płycie nie znalazło się miejsce na chociażby odrobinę żalu, pogrążenia w smutku czy też potrzebę wzbudzania litości. Otóż Good Karma jest tego całkowitym przeciwieństwem. W studiu zatriumfowała dobra zabawa, szczery optymizm i nadzieja. Jestem pełna podziwu dla tej wyjątkowej dwójki, bo należy sobie zdać sprawę, ile osób w rzeczywistości poświęciłoby czas i siły do pracy w tak niekomfortowej i trudnej dla artysty, a przede wszystkim po prostu dla człowieka, życiowej sytuacji.

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.