Powrót Davida Gilmoura z co prawda nieoficjalnej, chociaż ugruntowanej w świadomościach słuchaczy emerytury to zjawisko dość niespodziewane. Tegoroczny Luck and Strange to według siedemdziesięcioośmioletniego autora nowy kierunek w jego karierze, będący pokłosiem serii covidowych livestreamów, podczas których gitarzysta porzucił dotychczasowe koncepcje i wkroczył na nową ścieżkę, która pozwala mu odważnie promować album jako najlepsze co stworzył od The Dark Side Of The Moon z 1973 roku. Nie ma jednak co się martwić, wydawnictwo zawiera wszystkie charakterystyczne elementy brzmieniowo-kompozycyjne utożsamiane z autorem; od jego ikonicznych partii gitary solowej po skłonności do nieustannych eksperymentów.

Kariera Davida Gilmoura po ostatnim prawdziwie floydowym The Division Bell (bo chyba trzeba się zgodzić, że The Endless River oraz Hey Hey Rise Up trudno rozważać jako pełnoprawną dyskografię zespołu) nie miała zbyt wielkiego rozmachu. Wydane w 2005 roku On The Island zawierało partie orkiestrowe zaaranżowane przez Zbigniewa Preisnera oraz klawiszową wirtuozerię Richarda Wrighta, co zaspokoiło fanów łaknących kontynuacji rockowych pejzaży, które definiowały brzmienie Pink Floyd po odejściu Rogera Watersa. Podsumowaniem tego okresu kariery była światowa trasa koncertowa, podsumowana na wydawnictwie Live In Gdansk, będącym zapisem koncertu w Stoczni Gdańskiej z okazji 26lecia powstania Solidarności.
Dwa lata później ukazał się stworzony we współpracy z ambientowym zespołem The Orb album Metallic Spheres, który pokazywał Gilmoura w nowej odsłonie, lecz tak samo jak późniejsze Rattle Than Lock z 2017 roku, nie osiągnął takiego sukcesu jak On The Island. Po serii koncertów artysta zamilkł i wydawało się biorąc pod uwagę wiek artysty, że to może być tyle jeśli chodzi o studyjną dyskografię.
Powrót na scenę Gilmoura zapoczątkowany poprzez covidowe streamy sprawił, że porzucił dotychczasowe kompozycje i zaczął cały proces od przejrzenia swoich archiwów. Za brzmienie nowego albumu odpowiada Charlie Andrew, znany przede wszystkim dzięki współpracy producenckiej z zespołem Alt-J. Podczas jego pracy dla studia przy Abbey Road był także częścią zespołu nagrywającą ścieżkę dźwiękową do pierwszej części Harrego Pottera oraz całej trylogii Władcy Pierścieni. Uwagę należy zwrócić również na okładkę albumu, która designem wyróżnia się na tle wcześniejszych dzieł Gilmoura. Zniknął charakterystyczny font przypisany do nazwiska gitarzysty, a za projekt okładki jest odpowiedzialny Anton Corbijn, niderlandzki fotograf oraz reżyser, znany przede wszystkim dzięki współpracy przy teledyskach Depeche Mode (Personal Jesus, Enjoy The Silence), U2 (One) czy Coldplay (Viva La Vida). Ponura, czarno-biała okładka Luck and Strange powstała zainspirowana tekstem A man stands in a river, pushes against the stream, time is a tide that disobeys Charliego Gilmoura w refrenie ostatniego na płycie utworu Scattered.

Ważną częścią całej układanki jest również wieloletnia partnerka gitarzysty Polly Samson, która jest autorką większości tekstów utworów Gilmoura od czasów floydowego A Momentary Lapse Of Reason. Na tegorocznym Luck and Strange poza tekstami Samson czynny udział bierze również harfistka Romany Gilmour, prywatnie córka wcześniej wspomnianej dwójki. To dzieło robi się jeszcze bardziej rodzinne, gdy weźmiemy pod uwagę, że harmonie wokalne dograł syn Gabriel, a jego brat Charlie Gilmour pomógł również w warstwie lirycznej. Dzieło to jest również okraszone przez muzyków powiązanych z Pink Floyd. Poza pośmiertnym udziałem Richarda Wrighta w kompozycji tytułowej warto również zaznaczyć udział Guya Pratta, który nieformalnie był zastępcą Watersa we Floydach.
Pierwszym utworem promującym Luck And Strange był oparty na ślicznej partii ukulele The Piper’s Call, wydany 26 kwietnia 2024. Singiel rozpoczyna się kameralnie, główną warstwę dopełniają jedynie delikatne dźwięki gitary klasycznej łączące się z egzotycznie brzmiącymi perkusjonaliami. Dopiero w refrenie utwór nabiera rozmachu i przywołuje charakterystyczne elementy dla Davida Gilmoura jak gitara hawajska czy orkiestrowo brzmiąca aranżacja, która staje się tłem dla późniejszego solo gitary elektrycznej, która jest kwintesencją stylu Brytyjczyka.
Najbardziej niespodziewanym elementem wydawnictwa wydaje się być cover utworu Between Two Points The Montgolfier Brothers wykonany na harfie oraz zaśpiewany przez Romany Gilmour. Nie ukrywam, że jest to świetna pozycja, David wspomina, że zawsze był fanem niniejszej kompozycji i uważa to za nieporozumienie, że nie stała się hitem. Niesamowicie ciepły oraz czysty głos córki gitarzysty rozświetlił Between Two Points do tego stopnia, że z chęcią bym posłuchał jej solowych wydawnictw, jeśli by takowe pojawiły się na rynku.
Jeśli natomiast chodzi o tytułowe Luck and Strange to jest to kompresowana wersja jamu, który powstał w 2007 wraz z Richardem Wrightem. W wersji tegorocznej zyskał strukturę piosenki z tekstem Samson o niepokoju przemijania szczęśliwych chwil, co ma szczególny wydźwięk w kontekście kompozycji stworzonej z muzykiem, który odszedł rok po oryginalnym nagraniu. Jamowa wersja jest dodatkiem do albumu na platformach streamingowych i pokazuje bardziej swobodną formę, przywołujące kompozycje na wcześniejszych wydawnictwach Pink Floyd jak na przykład Dogs z Animals.
Album jako całość to tak de facto sześć pełnoprawnych, nowych kompozycji. Poza wcześniej omówionymi singlami A Single Spark poprzez uderzenie dzwonów w refrenie automatycznie przywodzi na myśl kompozycje na The Division Bell, brzmiąc jednak jak odrzut z tego albumu. Świetnym kontrastem dla przeważających na Luck And Strange wyważonych utworów jest iście rockowy Dark and Velvet Nights, będący esencją energii, której czasem na albumie po prostu brakuje – mocno przesterowane gitary, zmiany tonacji i bezbłędny klimat grozy i niepokoju. Sings brzmi jak kwintesencja stylu Gilmoura, z ciekawą partią tureckiego cümbüşu (brzmi jak coś pomiędzy banjo a sitarem), niestety refren brzmi zbyt cukierkowo jak mnie, przez co uważam ją za najgorszy element płyty. I pomimo że kończące album Scattered jest mini arcydziełem i chyba najlepszą kompozycją Gilmoura w jego solowej karierze, to niniejszy album zdecydowanie nie jest najlepszą rzeczą jaką stworzył od The Dark Side Of The Moon (szanujmy dziedzictwo Wish You Were Here czy wielokrotnie wspominanego The Divison Bell). Nie można jednak powiedzieć, że album rozczarowuje, wręcz przeciwnie, jestem pozytywnie zaskoczony, że Luck And Strange nie kontynuuje koncepcji stanowiących postawę dla Rattle The Lock i wychodzi na tym zwycięską ręką, stanowiąc jedną z dwóch najlepszych pozycji w karierze Davida Gilmoura, gdzieś tuż koło legendarnego już On The Island, nawet w wielu momentach go przebijając poprzez eksperymentalno-sentymentalną głębie kompozycyjną.
- Data premiery:
- Single:
