Tego upalnego, czerwcowego wieczoru dowiedzieliśmy się kilku rzeczy: polskie kobiety są najpiękniejsze, podrzucanie pałeczek do perkusji powinno być sportem wyczynowym, a rockowe koncerty zacierają wszelkie różnice pomiędzy ludźmi.
Moje doświadczenie z koncertem Halestorm rozpoczęło się od zdziwienia: chociaż w warszawskim klubie Progresja pojawiłam się dobre dziesięć minut przed godziną 20:00, zespół The Walkers, który na scenie miał się właśnie o 20:00 pojawić, grał już w najlepsze. Odniosłam wrażenie, że panowie byli już przynajmniej w połowie swojego seta, ponieważ kilka minut po 20:00 zeszli ze sceny. Wykonywana przez nich muzyka (z dużym wykorzystaniem harmonijek rodem z Dzikiego Zachodu) kompletnie nie trafiła w mój gust, trzeba jednak przyznać, że bardzo starali się rozgrzać warszawską publiczność, zwłaszcza zachęcając do skandowania nazwy gwiazdy wieczoru. Krzyki Halestorm! wypełniły klub jeszcze na długo przed wyjściem zespołu na scenę.
24 czerwca był jednym z najupalniejszych jak dotąd dni lata, a znikoma wymiana powietrza w Progresji sprawiła, że wewnątrz zrobiło się naprawdę piekielnie gorąco. Odczuwałam to stojąc z tyłu, na skraju tłumu – nie chcę nawet myśleć, jak czuły się osoby stojące w największym ścisku pod sceną. Na szczęście występ Halestorm wynagrodził wszelkie niedogodności z nawiązką. Setlista, tak jak obiecywała Lzzy Hale w niedawno przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie, była nieprzewidywalna – sprawdzenie setlist z kilku poprzednich koncertów zasugerowało mi tylko, które utwory na pewno pojawią się tego wieczoru. Nie zabrakło największych hitów: Do Not Disturb, Freak Like Me czy I Get Off, singla z debiutanckiego albumu zespołu. Lzzy z dumą podkreślała, że utwór ma już ponad 10 lat.
Publiczność miała okazję usłyszeć również kilka nowszych utworów, takich jak Vicious czy Uncomfortable z najnowszego albumu zespołu, wydanego w 2018 Vicious, a także Chemicals, wydany w 2019 b-side singla Vicious. Zespół nie omieszkał wrzucić na setlistę piosenki „światełkowej”, podczas której wszyscy poproszeni zostali o włączenie latarek w telefonach komórkowych. Było nią I Am The Fire, które pomimo spokojnego wstępu jest energetyczną bombą. Światełka zdecydowanie lepiej sprawdziły się podczas The Silence, miłosnej piosenki którą Lzzy wykonała wyłącznie przy akompaniamencie gitary, a nad tłumem pojawiły się płomienie zapalniczek.
Wokalne zdolności Lzzy były jednym z moich ulubionych elementów wieczoru. W tej z wyglądu niepozornej kobiecie drzemie ogromna siła, głos mocny jak sztorm, po którym w ogóle nie słychać zmęczenia. Liczne utwory rozpoczynały się od jej wokalnych improwizacji, w których pokazywała naprawdę szeroką skalę. Lzzy ma również znakomity kontakt z publicznością – łatwo zauważyć, że krótkie przerywniki na konwersacje z tłumem przynoszą jej ogromną przyjemność. Poland, your food is suspicious, but your women are delicious, oznajmiła w pewnym momencie wokalistka. Starała się również wtrącać w swoje wypowiedzi polskie zwroty – z różnym skutkiem. Dzięki opanowała do perfekcji!
Swoje przysłowiowe pięć minut mieli również pozostali członkowie zespołu, zwłaszcza Arejay Hale, brat Lzzy. Arejay, niezwykle utalentowany perkusista, znakomicie opanował również sztukę podrzucania pałeczek niemal pod sufit i żonglowania nimi. Koncert pełen był krótkich muzycznych improwizacji, które wydłużały niektóre utwory niemal do dziesięciu minut. Na bis, oprócz The Silence, Halestorm przygotowali same przeboje: Here’s To Us, Love Bites (So Do I) oraz świetne I Miss the Misery.
Jak powiedziała Lzzy, na rockowym koncercie nie ma znaczenia, jakiej jesteś płci ani jak zarabiasz na życie – na rockowym koncercie wszyscy jesteśmy tacy sami, stajemy się jednością. Uroczym momentem było pojawienie się na scenie dziewczyny, dla której był to 50-ty koncert Halestorm. Cały zespół wzniósł za nią toast. Doskonały kontakt wokalistki z publicznością oraz szczere emocje niosące wykonania utworów sprawiły, że wieczór z Halestorm był naprawdę udany.

