Rock’n’Roll nigdy nie umrze. Ludzie przyzwyczaili się do tego, że Rock’n’Roll kojarzony jest ze skandalami, używkami, „wtopami” scenicznymi. Trudno się im nie dziwić. Od wielu lat artyści dbają o to, żeby tak pozostało. Show biznes widział już wiele i z pokorą przyjmuje coraz dziwniejsze „rock’n’rolowe” zagrania gwiazd, które niekiedy – niestety – robione są specjalnie, by wzbudzić sztuczną sensację. Czasami jednak uda się odnaleźć w tym jakiś sens.
Rok 2014, rozdanie nagród Brit Awards. Na scenę wchodzą – by odebrać nagrodę za Najlepszy Brytyjski Zespół – członkowie zespołu Arctic Monkeys. Do mikrofonu dorwał się Alex Turner – wokalista grupy. Ze świecącymi oczami, lekko podpity zaczął dziękować w niekonwencjonalny sposób. Stwierdził:
Znów ten rock’n’roll, co? On nigdy nie zniknie. Może się na jakiś czas zahibernować, zakopać w jakimś bagnie. Myślę, że cykliczna natura wszechświata, w którym istniejemy, wymaga pogodzenia się z jego zasadami. On zawsze tam czeka. Przebija się przez to bagno, przez szklany sufit, by wrócić lepszym niż kiedykolwiek. Rock’n’roll… Czasami wydaje się, że usuwa się na bok, ale on nigdy nie umrze. Nic z tym nie możecie zrobić. (24.pl)
Zahipnotyzowana publiczność słuchała z zaciekawieniem czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Turner podniósł mikrofon, który kilka sekund wcześniej odłożył i dodał z pewną pogardą i cwaniactwem w głosie: -…skasujcie mnie za ten mikrofon, jeśli musicie – po czym rzucił mikrofon z impetem na ziemię. Nieco zszokowani, ale niezaskoczeni koledzy muzyka pośpiesznie podążyli za nim schodząc ze sceny. Publiczność nadal nie mogła zrozumieć tego, co dokładnie przed chwilą wydarzyło się na ich oczach. Prowadzący galę też nie spodziewał się takiej reakcji. Media od razu podchwyciły temat nazywając to wystąpienie najlepszą przemową wszech czasów. I tylko nieliczni zaczęli się zastanawiać: Jak on dał radę powiedzieć tyle mądrych słów będąc prawie zalanym w trupa?
Gały (niestety) widziały
Finał Super Bowl w 2004 roku, jak co roku miał być wielkim wydarzeniem sportowym. I był. Do czasu, gdy w przerwie, kto inny skradł zawodnikom show. Janet Jackson i Justin Timberlake. Podczas wykonywania piosenki… no właśnie, jakiej? Nikt już tego nawet nie pamięta, ale o jednym pamiętać będą wszyscy. O nagiej piersi siostry Michaela Jacksona. W ostatnich taktach utworu, Timberlake tak niefortunnie owinął sobie Janet wokół ręki, że urwał jej kawałek gorsetu i kilkunastomilionowa widownia mogła zobaczyć to, czego nie powinna. Zniesmaczenie było tak duże, że do telewizji, która transmitowała rozgrywki wpływał ogrom skarg i pretensji. „Afera sutkowa” jeszcze długo po tym była omawiana przez większość mediów na świecie. Niby nikt nie był pijany, nikt ze sceny nie spadł a i tak sytuacja kuriozalna, bo do dziś nie wiadomo czy to było przygotowane specjalnie, czy może jednak przypadkowe. Rock’n’roll w tej sytuacji polega na tym, że chodź Janet nie chciała (a może jednak?) i w sumie nie zrobiła nic złego, to na nią spadł cały ostracyzm i o dalszej karierze mogła zapomnieć. O dziwo Justin miał się nad wyraz dobrze…
Polskie podwórko
Wiadomo, że jak Polak głodny to zły. A jak popije to już nic nie wiadomo. Tak też było w przypadku Janusza Panasewicza, który podczas koncertu w Tarnobrzegu był „niedysponowany”. Według publiczności: był tak pijany, że playback go wyprzedzał albo wyglądał jakby zaraz miał spaść ze sceny” Można by stwierdzić: no cóż – Lady Punk to definicja polskiego rocka, więc nie ma się co dziwić. O tyle o ile rock’n’roll w tym przypadku występuje w czystej postaci to panowie doskonale wiedzą jak granicę rozszerzyć a nawet przekroczyć. Gitarzysta zespołu Jan Borysewicz pewnie do końca życia będzie wspominał ten koncert. Dzień Dziecka, rok 1986. Na widowni pełno dzieci w różnym wieku i niestety one również zobaczyły to, czego nie powinny – genitalia muzyka. Rock’n’roll w czystej postaci? Nie – to już ekshibicjonizm. Tylko teraz zostaje pytanie: kogo szkoda bardziej? Dzieci czy muzyków, który przez ten wybryk musieli zawiesić działalność na rok przez naciski Komitetu Centralnego? Jak sam Borysewicz później wyznał, jego zachowanie w głównej mierze wywołane było alkoholem. Jednak do kresu wytrzymałości doprowadziło go zachowanie agresywnych uczestników koncertu, którzy obrzucali muzyka wyzwiskami. Pokazanie genitaliów miało być wyrazem jego frustracji.
Pijacze śpiewanie
Do (nie) zacnego grona artystów, którzy znaczenie rock’n’rolla biorą czasem zbyt dosłownie dołączyła Beyonce. Zaraz, co? Queen B podczas meczu koszykówki kiwała się rytmicznie i była zupełnie nieobecna jakby wpadła w trans bądź była w stuporze katatonicznym. O dziwo jej mąż Jay-Z zdawał się tym kompletnie nie przejmować. Narkotyki? Zmęczenie? Trudno do końca stwierdzić, ale to pokazuje tylko jedno: rock’n’roll jest niebezpieczny. Z drugiej strony, dobrze, że nie dopadł jej podczas koncertu, bo mogłoby to się o wiele gorzej – dla niej oczywiście – skończyć.
Mniej szczęścia miał wokalista zespołu King of Leon – Caleb Followill. Podczas jednego z koncertów, w czasie przerwy między piosenkami, oznajmił publiczności, że wróci do nich za trzy piosenki, bo musi się wyrzygać i napić piwa” Nie wiadomo czy faktycznie zrobił jak powiedział, ale jedno jest pewne – na scenę już nie wrócił. Właściwie to wrócił, ale tylko po to by poinformować, że nie da rady dokończyć koncertu. Fani byli wściekli. Resztkę godności zespołu próbował ratować basista Jared Followill. Obrał dziwną taktykę, ale skuteczną. Całą winę zwalił na wokalistę, bo dlaczego by nie? W końcu to on był „niedysponowany”:
Nienawidźcie Caleba, nie nas. Nie wiem, co powiedzieć. To nie nasza wina, a jego. Nie może już śpiewać. Wrócimy najszybciej jak to tylko możliwe. Tak mi przykro, spalcie nasze krążki. Ale nic nie możemy poradzić. (cgm.pl) – stwierdził z bezsilnością w głosie muzyk.
Idealna wymówka
Rock’n’roll nigdy nie umrze z jednej prostej przyczyny. Jest wygodny. Można zrzucić na niego wszystkie winy, obarczyć odpowiedzialnością. Jest świetną wymówką, usprawiedliwieniem. Jednak pod koniec dnia to nie on musi się tłumaczyć przed ludźmi, przepraszać, prosić o litość. Gwiazdy o tym często zapominają. Odgryzienie głowy nietoperzowi, wymiotowanie z powodu alkoholu, przyniesienie na scenę dmuchanej lalki, brak górnej garderoby czy wreszcie wieszanie się na krzyżu – to wszystko sprawia, że przez jakiś czas jest o gwieździe głośno. Jest dobrze, bo ludzie mówią. Nieważne jak. Ważne, że mówią.


