Subtelna, zmysłowa, melancholijna, idealna na długie wieczory – taka jest właśnie najnowsza płyta Rhye. Niewątpliwie, po raz kolejny, do jej sukcesu przyczynił się przede wszystkim delikatny wokal za którym stoi kanadyjski muzyk – Milosh. Z pewnością nie jest to album dla każdego, niejedna osoba uznałaby go zapewne za dość nudny. Można go jednak śmiało polecić każdej osobie o dużej wrażliwości emocjonalnej.
Przy poprzednim wydawnictwie Milosh współpracował wraz z Duńczykiem- Robinem Hannibalem, który, jak okazało się w 2017 roku, opuścił utworzony przez nich muzyczny projekt. Tak jak już wspomniałam, największą uwagę w przypadku piosenek Rhye przyciąga wokal. Wysoki, delikatny, wręcz, można by powiedzieć, nieco kobiecy. To głównie za jego sprawą debiutancki album duetu zatytułowany Woman zrobił małe zawirowanie w muzycznym świecie. Nie da się ukryć, że także i teraz odgrywa kluczową rolę na płycie.
Blood to spokojny, nieskomplikowany i przyjemny w odbiorze album. Przyjemny, o ile jesteśmy fanami kompozycji w których niewiele się dzieje, bo w przypadku tej płyty na przysłowiowe fajerwerki raczej liczyć nie możemy.
Pierwsza kompozycja- Waste– to dość przygnębiająca piosenka opowiadająca o miłości, tęsknocie, zmianach napotykanych na życiowej drodze. Delikatna linia melodyczna, ze świetnymi instrumentami smyczkowymi i dobrym basem, doskonale współpracuje z tekstem i wokalem, budząc u słuchacza wiele emocji. Taste to ciąg dalszy muzycznej podróży z przepięknym głosem, a także bardzo wciągającymi motywami towarzyszącymi nam przez cały utwór w wykonaniu basu i dźwięków elektroniki. Nie zdziwię się, jeśli remixy tego utworu za jakiś czas będą królowały w sieci.
Następny kawałek to zmysłowa kompozycja Feel Your Weight. Poprzedza ona utwór Please stanowiący formę błagania ukochanej osoby o wybaczenie. Jest to numer emocjonalny, w którym zdecydowanie najważniejszą rolę odgrywają słowa. Co ważne- wyśpiewywane niezwykle szczerze i przekonująco.
Count To Five to kolejny zmysłowy utwór, z dwoma, co prawda bardzo krótkimi, ale świetnie wprowadzającymi do dalszej części utworu, mostami. Następna kompozycja to intymna piosenka Song For You. Piękny tekst „I saw your tear fall from your grace. I fell in love. I saw that fear when you showed me that kiss. We fell in love”, piękny wokal, piękna melodia. Całość z pewnością chwyci za serce niejedną osobę.
W Blood Knows refreny dają nam okazję posłuchać trochę mocniejszego wokalu Milosha. Bardzo spodobał mi się ten zabieg, który nieco urozmaicił tę, z jednej strony magiczną, ale jednak po pewnym czasie potrzebującą odrobiny nowości, barwę głosu kanadyjskiego muzyka. Kontrast wokalu między refrenem a zwrotką zdecydowanie wyszedł tu na plus. Dalej dostajemy kawałek Stay Safe. Nadal jest przyjemnie, delikatnie, zmysłowo… ale z pewnością niejeden słuchacz już nieco znudził się albumem. Zaczyna brakować na przykład ciekawszej kombinacji instrumentalnej. Znajdą się też jednak na pewno osoby bezustannie z niezwykłym zainteresowaniem delektujące się subtelnością i spokojem płyty.
Phoenix wypada już nieco lepiej pod względem instrumentów. Dostajemy tu dłuższe intro w którym słyszymy dość typowe w ostatnich czasach trio- elektronikę, bas i perkusję. Kolejny numer- Softly- od razu rozpoczyna się już jednak warstwą wokalną. Głos Milosha nadal świetnie współgra z tekstem, ale całość coraz bardziej nas męczy i nie skupiamy na się na utworach z taką uwagą, jak na początku słuchania albumu. Tak oto doszliśmy do końca Blood. Ostatnia piosenka- Sinful- już od intra zaczyna wykorzystywać bardzo dobrze brzmiącą linię gitary. Zdecydowanie pod względem warstwy instrumentalnej ten utwór wypada najciekawiej. Wspomniana gitara, świetne partie instrumentów smyczkowych, zabawa elektroniką w towarzystwie nienachalnej perkusji. Widocznie to co najlepsze, zostawione nam zostało na koniec.
Ciężko jest jednoznacznie określić ten album. Z jednej strony to niewątpliwie piękna płyta, z poruszającymi, dobrymi tekstami, wyśpiewywanymi przez cudowny wokal Milosha. To właśnie słowa odgrywają na płycie główną rolę. Warstwa melodyczna stanowi jedynie ich dopełnienie. Zapewne dlatego została ograniczona do minimum. Z drugiej strony jednak całość może nieco przytłaczać, nudzić. Każda z piosenek słuchana oddzielnie jest na swój sposób magiczna, potrafi chwycić za serce. Słuchane jednak wszystkie po kolei mogą po pewnym czasie nieco zmniejszyć nasz apetyt na ciąg dalszy albumu. Blood zdecydowanie mogę polecić, tak jak wspominałam na wstępie, osobom wrażliwym, które nie liczą na porywające wariacje instrumentalne, ale preferują upajanie się słowami i wokalem. A tacy zapewne są w większości fani Rhye. To po prostu dość specyficzny album, dla określonej grupy słuchaczy.


