Revenge album pełen emocji i zmysłowości. Sabrina Carpenter – Man’s Best Friend, 2024 (recenzja)

Sabrina Carpenter wykorzystuje swoją popularność w stu procentach. Po sukcesie jej albumu Short n’ Sweet, który doprowadził ją do pierwszych nagród Grammy, nadszedł czas na powiew świeżości. Nad Man’s Best Friend wokalistka pracowała niemal od razu po wydaniu zeszłorocznego krążka. To wciąż sensualne wydawnictwo z większą ilością „szpileczek” wymierzonych w stronę mężczyzn.

Przyznam, że trudno mi było się zaklimatyzować z tym wydawnictwem. Za pierwszym razem miałam wrażenie, że piosenki powstały nieco niedbale, byleby były. Po kilkukrotnym przesłuchaniu moje stanowisko się zmieniło – Man’s Best Friend nie upodabnia się do poprzedniego krążka. Choć album dzieli z emails i can’t send temat złamanego serca, jest od niego bardziej zadziorny i pokazuje obraz kobiety mierzącej się z kryzysem po zerwaniu.

Oh boy… Tak zaczyna się emocjonalny rollercoaster z Carpenter. Lead singiel Manchild stał się jednym z globalnych hitów, a teledysk i same wizualizacje, jakie dostarcza, nakreślają kolejne miłosne perypetie Sabriny. Sam utwór utrzymany w popowo-country melodii nadaje piosence charakteru, a przerwa instrumentalna grana na banjo dodaje komiczności sytuacji walki z tytułowym chłopczykiem.

Żeby było tego mało, w Never Getting Laid to perfekcyjna zemsta poprowadzona w sarkastycznym tonie. Rozlicza byłego partnera z zdrad i nieodpowiednich zachowań, życząc mu ironicznie agorafobii i „wieczności bez seksu”. A to wszystko bez owijania w bawełnę i bezpośrednią, czyli w stylu Sabriny.

Wizualnie Tears prezentuje się zjawiskowo i można uznać go za jeden z najlepszych teledysków roku. Nawiązanie do słynnego filmu Rocky Horror Picture Show, obchodzącego w tym roku 50. urodziny, było ciekawym chwytem. Groovy dancebreak przyciąga wzrok i nie pozwala oderwać oczu od ekranu. Mimo atrakcyjnej warstwy wizualnej, Tears ujawnia pewną niedbałość krążka i nie należy do moich ulubionych utworów. Jednak fragment o skręcaniu krzesła z IKEI był dla mnie wyjątkowo zabawny.

We Almost Broke Up Again Last Night jest najsmutniejszą pozycją, opisującą relację opartą na ciągłych kłótniach i niezdrowych powrotach. Właśnie przy tej piosence wyrzuciła najwięcej żalu nie tylko tekstowo, ale także wokalnie. Szczególnie ostatnie, wysokie tony są wręcz nacechowane cierpieniem wnikającym w słuchacza, które chwyciły mnie za serce.

Na siódmym albumie nie zabrakło też utworów, które fani mogą określić mianem Juno 2.0 z poprzedniego albumu. House Tour to zaproszenie do figlarnego świata, choć jest jednym z najsłabszych lirycznie tekstów w dyskografii Sabriny. Z kolei When Did You Get Hot? pełne jest metafor i erotycznego komizmu, które w połączeniu ze zmysłową oprawą muzyczną balansują na granicy żartu i prowokacji.

Go Go Juice jest obrazem wypełnienia swoich smutków alkoholem. Mimo melancholijnej otoczki nie zabrakło rozliczenia się z byłymi partnerami wokalistki. Można powiedzieć, że to inspiracja thank u, next Ariany Grande, jednak w tym wypadku Sabrina nie jest wdzięczna za swoich ex. Na dodatek nie wymienia ich ze swoich prawdziwych imion, a bardzo zbliżonymi, co może sugerować dodatkowo potwierdzeniami niektórych związków, w jakich była wokalistka.

Nie sposób nie przejść obojętnie obok końcowego Goodbye, które wręcz krzyczy Abba Abba ABBA! Najbardziej chwytliwa piosenka albumu, z subtelnymi pstryczkami do byłego partnera, sprawia, że chce się przenieść do lat świetności szwedzkiego zespołu i tańczyć, żegnając w pięciu językach dawną miłość.

Man’s Best Friend to album, gdzie Sabrina Carpenter pokazuje różne oblicza swojej artystycznej osobowości, bawi się formą, eksperymentuje z brzmieniem i nie boi się powiedzieć źle o mężczyznach. Choć pojawiają się tu kwiatki, które są bardziej dumb niż poetic, ostatecznie lekcje od Taylor Swift przydały się wokalistce, dzięki czemu powstał revenge album, zachowujący urok Carpenter i dystans do samej siebie, co czyni go wyjątkowym punktem w dyskografii artystki.

Czytaj również