Rzadko to robię, ale tym razem przed napisaniem relacji zajrzałam do Internetu, aby rozejrzeć się po innych recenzjach tej sztuki, z nadzieją, że ktoś zwerbalizował już moje odczucia. Znalazłam cztery teksty, z których dwa to długie peany, wychwalające każdy element spektaklu, a pozostałe dwa to krótkie listy skarg i wniosków. Cieszę się zatem, że znajdzie się miejsce na moją naturalnie subiektywną, choć chyba bardziej wyważoną i kompletną opinię.

Ten spektakl skusił mnie plakatem z postacią Amy Winehouse. Poza filmem „Amy” z 2015 roku, nie miałam wcześniej do czynienia z żadnym dziełem poświęconym tej wokalistce. Słyszałam różne covery jej piosenek, widziałam osoby przebrane za Amy, ale nie doświadczyłam żadnej formy przedstawienia na jej temat. W tym plakacie przykuł moją uwagę również adres – na przedstawienia muzyczne chodziłam do tej pory do Romy, do Rampy albo do Studia Buffo, ale nigdy wcześniej nie byłam w Teatrze Żydowskim.
Przeczytałam krótką zapowiedź wieczoru na stronie Teatru i poszłam tam, nie spodziewając się niczego konkretnego. Zaskoczyło mnie, jak malutkie są te wnętrza, co właściwie było metaforycznym zwiastunem sztuki – kameralnej, żywej, barwnej i głośnej, acz na dłuższą metę męczącej i potencjalnie przekraczającej granice osobiste.
W reżyserii Karoliny Kirsz Amy nie jest jedna – jest ich aż pięć. Co więcej, każda Amy bywa też czasem kimś innym – swoim ojcem, członkiem jury, dziennikarzem itp. Na pewno znajdą się entuzjaści takiego rozszczepienia osobowości, jednak dla mnie ten pomysł nie zdał egzaminu. Przeczytałam w recenzji Tomasza Miłkowskiego, że
„Każda z [wersji Amy] ukazuje inną stronę jej osobowości, która niczym osobowość mnoga w życiu osobistym objawia wiele słabości i ułomności charakteru.”
Szczerze mówiąc sama nie dostrzegłam aż tak przemyślanego zabiegu – miałam wrażenie, że kwestie przypisane są do poszczególnych aktorek w sposób dość losowy. Być może to niedopatrzenie z mojej strony, ale ze względu na ułożenie sceny trudno się śledziło te wcielenia. Czasami nawet nie wiedziałam, kto mówi lub śpiewa, bo bywało, że aktorki stały do nas tyłem lub bokiem.
Tym bardziej podziwiam wszystkie pięć kobiet za to, że uporały się z tą mozaiką tekstową i nie pogubiły w ruchu scenicznym. Mimo trudnego również fizycznie materiału (z wieloma scenami upadania na kolana albo słaniania się na obcasach), aktorki świetnie zarządzały nastrojem na sali, były wyraziste i przekonujące we wszystkich scenach poza śpiewem. Co do tego ostatniego, przeczytałam dwie sprzeczne opinie:
„Rzecz odmienia się radykalnie z chwilą, kiedy Amy zaczyna śpiewać. Znika jej słabość i niepewność. Wtedy solowo lub w chórze pięciu wcieleń okazuje swoją siłę i zdecydowanie. To zupełnie ktoś inny – królowa estrady, władczyni mikrofonu, perfekcyjna kreatorka nastroju. To dzięki tym idealnie poprowadzonym partiom wokalnym pod muzycznym kierownictwem Jacka Mazurkiewicza (fascynujące połączenie muzyki elektronicznej i kontrabasu na żywo) można ten spektakl emocjonalnie wytrzymać. W partiach osobistych, cytatach z życiorysu, odpryskach fantomowych i realnych cierpień widz mógłby sam popaść w stan depresyjny.”
oraz
„Problemem „Rehab. Wszystkie bitwy Amy Winehouse”, spektaklu bądź co bądź muzycznego, okazuje się natomiast fakt, że interpretacyjnie piosenki są niedopracowane. – To mnie raziło w tym spektaklu. Mam nadzieję, że kolejne przedstawienia pozwolą na poprawienie tej sytuacji – mówi Malwina Kiepiel. – Muzyka na żywo to jest duży plus, natomiast moim zdaniem zabrakło opiekuna muzycznego – ocenia.”
Zgadzam się z Tomaszem Miłkowskim, że momenty muzyczne dają ulgę skołatanym nerwom, jednak niestety nie z dobrych powodów. Tak jak wspomina Malwina Kiepiel, piosenki są niedopracowane pod względem aranżacji, wokalu i języka angielskiego. W porównaniu do reszty spektaklu są po prostu nijakie. W kontraście do świetnych interpretacji Rojka, o których pisałam niedawno, czy na przykład francuskiego repertuaru w wykonaniu Sary Schwab, Nataszy Urbańskiej czy Kasi Graneckiej ze Studia Buffo, klasyki w stylu „Back to Black” oraz „Rehab” brzmią niestety jak wersja karaoke, a nie pełnoprawny cover.
Scenariusz spektaklu daje możliwość pokazania kunsztu aktorskiego występującym w nim kobietom, jednak stosuje kilka sztuczek, które dla niektórych mogą być trudne do zniesienia. Poza krzykiem, tupaniem czy swoistym zapętleniem (picie, upadek, picie, upadek), artystki wchodzą co chwilę w nieprzemyślaną interakcję z publicznością. Z tego przełamania czwartej ściany wynika z jednej strony pobudzenie i zaangażowanie widzów, ale z drugiej stres, zagubienie i zażenowanie, kiedy publiczność nie wie, jak się zachować, kiedy krzyczą jej prosto w twarz „wypie*dalaj ku*wa”. Próbowałam sobie tłumaczyć ten pomysł otwartością na sztukę i emocje, które ona ze sobą niesie, jednak w praktyce po prostu cieszyłam się w duchu, że usiadłam z tyłu sali. Tyle szczęścia nie miała niestety osoba opisana w recenzji Rafała Turowskiego:
„Niezbyt komfortowo poczułem się przy włączaniu publiczności w spektakl. I tak mieliśmy – z powodu nikczemnej wielkości sceny – ze sobą kontakt nieledwie fizyczny, więc nie dziwię się, że widz był przerażony jeszcze dość bezwzględnie zadanym pytaniem o swoje nazwisko. Co jednak najciekawsze – podał je, ale poza pewnym skonfundowaniem nie wniosło to niczego szczególnie znacząco istotnego.”
Podobny mechanizm działał moim zdaniem przy pocałunkach pomiędzy aktorkami. Być może ta sztuczka miała na celu pokazanie natury życia pod hasłem „sex, drugs and rock and roll”, ale w praktyce był to zabieg nieuzasadniony i często bezcelowy. Dodawał tylko napięcia na i tak już rozgrzanej do czerwoności scenie. Podpisuję się tutaj pod słowami Malwiny Kiepiel:
„Ta energia przytłacza. Jest jej wręcz za dużo.”
Dobra gra aktorska przy przeładowym scenariuszu i reżyserii to już duży plus, ale od dzieł biograficznych oczekuję również szerzenia wiedzy. W tym zakresie najwięcej nauczyła mnie pierwsza część opowieści, która zaglądała lekko w stronę przodków Amy i jej pierwszych prób artystycznych. Życie wokalistki poznawaliśmy poprzez przeplatające się opowieści ustne i odgrywane scenki z poszczególnych etapów jej kariery. Z matematycznego punktu widzenia niemożliwym jest zmieścić 27 lat w półtorej godziny; takie zadanie wymaga od reżyserki podejmowania niewątpliwie trudnych wyborów. Najciekawszym z nich była dla mnie długa scena pożyczania przez Amy sukienki o czwartej w nocy. Pokazała ona Brytyjkę w sposób bardzo ułomny i ludzki. Zgaduję, że wszyscy na widowni byliśmy zmęczeni pijackim entuzjazmem i uporem piosenkarki – myślę, że to uczucie nierzadko towarzyszyło także bliskim artystki. Nie wiem, czy reżyserka celowo ukazała Amy Winehouse w sposób negatywny, ale ja właśnie z takim poczuciem opuszczałam Teatr. Bez wybitnej warstwy wokalnej, charyzmatycznego looku i milionów oszalałych fanów, Amy jest tylko pijaczką, ćpunką i przegraną w grze o miłość. Czy to wystarczy, aby nakreślić ciekawy obraz współczesnej Żydówki? Zapraszam do Teatru im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, aby samemu znaleźć odpowiedź na to pytanie.
https://www.teatr-zydowski.art.pl/spektakle/rehab-wszystkie-bitwy-amy-winehouse
