Powstały przeszło sześć lat temu duet Rebeka (tworzony przez wokalistkę Iwonę Skwarek oraz muzyka i producenta Bartosza Szczęsnego) na stałe wpisał się w krajobraz polskiej sceny elektronicznej. Zespół ma za sobą niezliczoną ilość koncertów w Polsce, a także nieraz prezentował swoją twórczość poza granicami kraju. Ile jednak można koncertować z tym samym materiałem? Od dziś występy Rebeki będą ciekawsze, bo duet wydaje właśnie swój drugi studyjny album.
Duet zadebiutował w 2013 roku prezentując album Hellada. Płyta, promowana takimi singlami jak Fail, Unconscious, Nothing to Give czy Stars (ostatnio wykorzystane w ramówce TVN), jest wydawnictwem dość łagodnym i całkiem sympatycznym. Epka Breath z 2014 roku (zawierająca raptem dwa premierowe nagrania) pozwala sobie na większe eksperymenty. Jednak z każdym utworem Rebeki mam jeden problem – piosenki duetu lepiej brzmią na żywo, ujawniając wówczas swoją głębię i przebojowy charakter. Czy kompozycje zawarte na Davos też powstały z myślą o występach, czy może słuchanie ich w czterech ścianach da taką samą satysfakcję?
Tytuł drugiej płyty Rebeki nie wziął się znikąd. Davos jest niczym innym jak miastem położonym w Szwajcarii. Niewielka ilość mieszkańców i piękne krajobrazy (zwłaszcza zimą) nie są jedynymi jego charakterystycznymi cechami. Davos jest mianowicie najwyżej położonym europejskim miastem. Czy tym samym Iwona i Bartosz chcą dać nam do zrozumienia, iż ich nowy album jest top of the top?
Płytę otwiera piosenka The Trip, której mięsisty, elektroniczny podkład świetnie kontrastuje z nieprzesadnie emocjonalnymi wokalizami Iwony. Zadziwia kolejna kompozycja Rebeki, What Have I Done, która zwraca uwagę momentami dochodzącą do pewnej granicy obróbką wokalu Skwarek. To utwór, którego interpretację i analizę warto sobie odpuścić, pozwalając swoim myślom choć na chwilę odpłynąć od szarej rzeczywistości. Dwie pierwsze piosenki duetu nie należą do zbyt przebojowych nagrań. Co innego Falling, które brzmi jak skrzyżowanie Kylie Minogue z czasów albumu Fever i Goldfrapp składających krążek Head First. Ten ukłon w stronę lat 80. bardzo przypadł mi do gustu. Do innych kawałków, które zachęcić mogą do zabawy, należą Today, Promised Land (ten podkład! majstersztyk) oraz Białe kwiaty (pierwsza polskojęzyczna piosenka duetu).
Więcej jednak na Davos mroczniejszych, ciemniejszych utworów. Świetnie słucha się miotającego się od melancholii ku klubowym klimatom Perfect Man oraz wyciszonego The Wish, które przez swoją baśniową atmosferę skłoniło mnie do zastanowienia się, jak w elektronicznym wydaniu brzmiałaby twórczość… Enyi. Warto sięgnąć także po Wake Up, które intryguje od pierwszej do ostatniej sekundy i jest wariackim, zakręconym numerem.
Stylistycznie to, co otrzymaliśmy na Davos, nie odbiega od brzmień znanych z Hellada. Rebeka ponownie zanurkowali w świat elektronicznych, synthpopowych melodii, które na koncertach sprawdzają się świetnie. Druga płyta polskiego duetu prezentuje nam jednak mroczniejsze i bardziej melancholijne oblicze Iwony i Bartosza. Przedsmak tego otrzymaliśmy już na epce Breath. Kontynuacja wyszła zespołowi na dobre, a niewielka liczba utworów (dziesiątka) sprawia, iż krążek się niepotrzebnie nie dłuży.



