Brytyjski wokalista Rory Graham, znany wszystkim jako Rag’n’Bone Man powrócił z nowym albumem. 7 maja ukazał się jego drugi studyjny krążek Life By Misadventure. Powrót ten niekoniecznie był i będzie łatwy. Jego debiutancka płyta Human, postawiła poprzeczkę bardzo wysoko zdobywając liczne nagrody oraz pokrywając się wielokrotnie platyną i diamentem. Kto nie pamięta, gdy w 2016 roku ukazał się tytułowy singiel z tamtej płyty od nieznanego wtedy nikomu Rory’ego. Jakież było zdziwienie gdy głos wokalisty, połączyliśmy sobie z tym jak wygląda, z jego posturą. Poruszający utwór, z głęboką i porywającą słuchacza barwą głosu, okazał się śpiewać facet, który nam do tego na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasuje. Można by rzecz, że Rory bardziej wyglądał jak ktoś kto wiele w życiu przeszedł, albo wywodzi się z jakiegoś środowiska dajmy na to kibolskiego. Nic bardziej mylnego, właśnie ta cała otoczka, jego wygląd, głos, pozwoliły na to, by porwać słuchaczy. Słuchając Human, można było odnieść wrażenie, że ten facet dokładnie wie o czym śpiewa i się z tym w pełni utożsamia.
Life By Misadventure to płyta zupełnie inna od poprzedniej. Czy aby wyszło to na dobre? Przekonamy się w dalszej części recenzji. Human było nowe, świeże, Rory łączył na nim swój bluesowy wokal z elementami rapu, co nawet fajnie wychodziło. Tym razem obrał inny kierunek. Idąc z duchem czasu i próbując chyba zerwać z pewną przypiętą do jego twórczości etykietą postawił na inne brzmienia. Na tym krążku przeważają oczywiście… jakże by inaczej ballady. Trochę taki emocjonalny rollercoaster w utworach, z którym w obecnych czasach większość z nas może się utożsamiać. Niestety większość z nich opiera się na podobnym schemacie i nie nie wybijają się ponad inne kompozycje.
Krążek otwiera Fireflies, która jest zwiastunem tego jak wygląda całość materiału, a w zasadzie jak wspominałem, jego większość. To bardzo spokojna ballada, Rory urzeka słuchacza swoją ciepłą barwą głosu przy akompaniamencie gitary akustycznej. Po nim pojawia się Breath in Me, na dobrą sprawę, gdybym nie patrzył na odtwarzanie Spotify w telefonie, nie zorientowałbym się, że mamy już kolejny utwór. Niestety, ale po prostu brzmią jak jeden twór, nie dzieje się tu nic nowego. Dopiero w Fall In Love Again zaczyna się trochę więcej życia. Pojawia się większy zasób instrumentarium, co pozytywnie wpływa na odbiór kompozycji. Dalej mamy kolejną balladę, tym razem opartą na pianinie czyli Talking To Myself. Pozytywnym zaskoczeniem jest duet z P!nk. Tak, Rory postanowił zaprosić na album kogoś znanego i był to bardzo fajny pomysł. Ich Anywhere Away From Here to przepiękna i poruszająca kompozycja. Wokale obojga bardzo dobrze ze sobą tu współgrają, powodując momentami nawet ciarki gdy śpiewają unisono. Sama kompozycja opowiada o czuciu się niekomfortowo, o sytuacjach w których znajdował się sam wokalista.
Alone to niestety kolejna ballada na jedno kopyto, tym razem mamy już wspólny akompaniament pianina i gitary. Nieco ciekawiej zaczyna się robić przy Crossfire i All You Ever Wanted. Są to jak dla mnie najlepsze utwory z całej płyty, a drugi z nich jest zdecydowanie bangerem, mogącym porwać tłumy, gdy koncerty dla dużej publiczności wrócą do normy. W obu kompozycjach Rory pokazuje pełnię i moc swojego głosu. Z bluesowego wokalu przeradza się w pop-rockowy pazur. Jego chrypa w głosie robi tu robotę! All You Ever Wanted stylistycznie i brzmieniem osadzone zostało w indie-popie z wczesnych lat 00′. Nie ukrywam, jest to moja ulubiona kompozycja na tej płycie. W zasadzie, to ciężko, żeby jakaś inna ją przebiła.
Na koniec mamy jeszcze nieco inne od wszystkich ballad, Changing of the Guard. Podoba mi się tutaj główny motyw melodyczny. Kilka kompozycji które nie wnoszą niczego specjalnego, czyli Somewhere Along the Way, Lightyears, Old Habits. Warte zatrzymania się na chwilę jest Party’s Over. Pod kątem muzycznym, to bardzo dobry utwór. Hipnotyzujący motyw gitary, ciekawie wprowadzane chórki. Dobrze zbudowane zostało napięcie prowadzące do refrenów, jednak same refreny są już dość miałkie, odstają od zwrotek, co jest akurat dziwne. Zazwyczaj w refrenach mamy tzw. bum, coś co nas porywa. W tym wypadku mamy sytuację odwrotną, bo to zwrotki są tym, co napędza kompozycję.
Gdy do sieci trafiło All You Ever Wanted, będące pierwszym singlem promującym album, liczyłem, że będzie to świetna płyta, właśnie w takim klimacie muzycznym. Niestety, z bólem serca, ale zawiodłem się. Zaprezentowany na Life By Misadventure materiał jako całość prezentuje niski poziom. Większość ballad została nagrana na jedno kopyto, gitara, pianino i tak na przemian, albo połączone razem tworząc tło dla głosu Rory’ego. Poza kilkoma światełkami w tunelu, jak duet z P!nk, Crossfire czy wspomniany na początku akapitu singiel, nie widzę tutaj nic, co mogłoby mnie porwać. Album ten nie jest jednak zupełnie taki zły, bo na pewno znajdą się tacy, których porwie. To płyta, przeznaczona dla osób, które sięgają po taką muzykę wtedy, gdy jej potrzebują. Gdy nadchodzi potrzeba wyciszenia, zadumy – to jest dobry moment, by posłuchać Life By Misadventure. Jeśli jednak drogi słuchaczu, podobnie jak ja, po przesłuchaniu All You Ever Wanted, miałeś nadzieję, na coś nowego, świeżego, z polotem i energią, to niestety, ale nie ten adres.
- Data premiery: 07 05 2021
- Single: All You Ever Wanted, Anywhere Away From Here
