Queen – Forever (2014), recenzja Kuby Koziołkiewicza

Zazwyczaj bardzo pesymistycznie i negatywnie podchodzę do wydawania płyt kompilacyjnych – jak dla mnie jest to jawne i mało subtelne wyciąganie pieniędzy od słuchacza. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć tworzenie albumów tego rodzaju z zawartymi na nich dwiema lub trzema nowymi kompozycjami, jednak ostatnio atakowani jesteśmy longplayami typu „the best of” pozbawionymi czegokolwiek świeżego. Są to stare, odgrzewane i lekko surowe kotlety, opakowane w ładną i przyciągającą wzrok okładkę.

W przypadku ocenianej przeze mnie płyty QueenForever jest zupełnie inaczej. Po pierwsze: nie jest to stary kotlet – tylko świeżutki schab – uzupełniony w premierowy materiał. Po drugie: jest to Queen – marka i legenda sama w sobie. Myślę, że gdyby nawet Brian May oraz Roger Taylor wydali w przyszłości tylko i wyłącznie dźwięki nagrane w czasie ich imprez w latach 70., to mnóstwo fanów takie wydawnictwo by zakupiło. Ja również.

Koncepcja tworzenia playlisty Forever jest jakoby zaprzeczeniem szablonów, jakie od wielu lat są wykorzystywane w tego typu wydawnictwach. Oczywiście na krążku znalazły się niekwestionowane hity zespołu jak np. Who Wants To Live Forever, czy Crazy Little Thing Called Love, ale są one w zdecydowanej mniejszości w porównaniu do kompozycji typu Play The Game, czy Winter’s Tale, znanych tylko najbardziej zagorzałym fanom tej brytyjskiej legendy rocka. Jednak to, co najbardziej przyciąga miłośników grupy do tego longplaya, to zremasterowane, dopracowane i nigdy wcześniej nie publikowane pod nazwą Queen utwory. Te, które znalazły się na Forever, to owoce pracy zespołu w latach 80., kiedy – jak sam przyznał w jednym z wywiadów Brian May – byli u szczytu kariery. Wtedy, gdy nikt nie myślał o takich sprawach jak HIV, czy AIDS…

Pierwszy z nich to Love Kills, melancholijna ballada, ze świetnymi motywami gitary akustycznej i elektrycznej. Wprawdzie w początkowej fazie utworu wokal Freddiego Mercurego brzmiał inaczej – zupełnie do niego nie podobnie – to już w momencie, gdy wchodził w wyższe dźwięki, wiedziałem, że słucham najlepszego wokalistę rockowego w historii. Utwór ten byłby naprawdę wspaniały, gdyby nie… zawarte w nim przesiąknięte popem wstawki. Ja rozumiem, że mamy XXI wiek i muzyka niestety jest nastawiona na komerchę, ale kurde, na co w tym utworze – zaczynające się mniej więcej koło drugiej minuty – dźwięki jak z jakiegoś singla Avicii? Ta piosenka obroniłaby się nawet bez tego ewidentnego ukłonu w stronę komercyjnych rozgłośni radiowych. Jednak jest to kolejna wspaniała kompozycja w dorobku grupy i nawet drobne mankamenty tego nie zmienią, choć lekki niesmak pozostawiają.

Let Me In Your Heart Again to piosenka, w której – porównując ją do Love Kills – bardziej wybijają się partie gitary, oraz linie basu i perkusji. Mimo to utwór nie jest wybitnie szybki – a powiedziałbym – że dosyć spokojny. Bynajmniej nie przypomina on klasycznego brzmienia Queen, tylko… Freddiego Mercurego, i jego solowy debiut płytowy, zatytułowany Mr. Bad Guy, nad którym pracował właśnie w latach 80., a Let Me In Your Heart Again znalazło się nawet na tym longplayu, lecz w – nazwijmy to – troszkę uboższej czasowo i produkcyjnie wersji.

Ostatnią z premierowych kompozycji na Forever jest There Must Be More to Life Than This. Utwór, w którym możemy usłyszeć dwie niepodważalne gwiazdy światowej muzyki – Freddiego Mercurego (oczywista oczywistość) i Michaela Jacksona. Aż dziw bierze, że efekt współpracy tych świetnych muzyków zostaje opublikowany w całości dopiero teraz. Kompozycja, podobnie jak dwie poprzednie, jest bardzo stonowana. Wokale Freddiego oraz Michaela idealnie ze sobą współpracują, dzięki czemu słuchając tego utworu nie miałem wrażenia, iż któryś z nich jest lepszy, czy bardziej przebojowy. Porównałbym je do Ferrari i Porsche – oba wspaniałe, i na tym samym poziomie. Być może artystyczne ścieżki lidera Queen oraz Króla Popu jeszcze kiedyś by się złączyły, lecz z opowieści towarzyszących zespołowi znajomych wynika, że Freddie nie za bardzo polubił się z Michaelem. Plotka głosi, iż głównym powodem takiego obrotu spraw był fakt, że któregoś dnia Jackson do studia nagraniowego przyprowadził… lamę.

Forever to jeden z niewielu albumów kompilacyjnych, które z czystym sumieniem mógłbym komukolwiek polecić. Roger Taylor wraz z Brianem Mayem decydując się na publikację tych nagrań podjęli spore ryzyko, gdyż środowisko – nazwijmy to „szpeców” w dziedzinie rocka – zarzucało im chęć łatwego zarobku. Cóż, nie ma się co oszukiwać – muzycy Queen nie zrobili przecież tego charytatywnie. Jako autorzy części materiału, otrzymają z tego tytułu wynagrodzenie. Ale czy to jest złe? Moim zdaniem nie. Dzięki ich trudowi związanym z pracą nad bardzo surowymi nagraniami z lat. 80. (kiedy to MacBooki dopiero podbijały Amerykę, a muzykę nagrywano na magnetofony szpulowe) możemy dzisiaj – w 2014 roku – usłyszeć premierowe nagrania muzycznych geniuszów, których już przecież nie ma wśród nas… Forever to płyta ukazująca wielkość grupy Queen (pomimo tego, że zawarte na niej nowe utwory nie są takimi energicznymi petardami jak Hammer to Fall, czy One Vision). Potwierdza, że wraz z The Beatles, The Rolling Stones, czy Led Zeppelin będą najlepsi. Forever.

Queen-Forever-2014

Czytaj również