PVRIS – All We Know of Heaven, All We Need of Hell (2017), recenzja Agaty Omelańskiej

0
216

Nie jest tajemnicą, że lubię mieszanki wybuchowe. Te muzyczne szczególnie: im więcej zaskakujących połączeń gatunków i brzmień, tym większa szansa na to, że nie przejdę obok nich obojętnie. Choć na początku byłam nieco uprzedzona co do PVRIS, po przesłuchaniu ich najnowszego krążka mam przyjemność bardzo miło się zaskoczyć. Ten album to eklektyczy, intrygujący miks alternatywnego rocka, elektroniki i synthpopu – ale czy aby na pewno wszystko to, co wiemy o niebie i czego potrzebujemy od piekła?


Do znudzenia będę powtarzać, że NIGDY nie należy zamykać się tylko w jednym gatunku muzyki. To właśnie z połączenia różnorodności brzmień powstają najciekawsze, najbardziej zaskakujące kawałki, które później tak lubię chwalić w recenzjach. Tyle teoria, a jeśli chodzi o posłuchanie najnowszego albumu trio PVRIS… sama podchodziłam do niego jak pies do jeża. Od czasu mojego skrętu w stronę minimalistycznej elektroniki bardzo rzadko sięgam po rocka czy metal – jest mi po prostu „za ciężko” i słuchanie tych gatunków autentycznie zaczęło mnie męczyć. Moje mocne, rockowe korzenie leżą, kwiczą i rozpaczają nad zdradą muzycznych klimatów…

… Ale wiecie co? PVRIS dokładnie odpowiedzieli na moją potrzebę muzyki ambitnej, nieoczywistej, wyrazistej, a jednocześnie szalenie emocjonalnej. Trafili do mnie w 100% i pomimo początkowej rezerwy jestem bardzo pozytywnie zaskoczona – z ciekawości przesłuchałam sobie jeszcze debiutancki krążek amerykańskiej formacji i moje odczucia również są bardzo pozytywne. Rockowe brzmienie, electropopowe momenty i szalenie dobre wyczucie rytmu to znak rozpoznawczy PVRIS: wyróżniają się na tle innych kapel i słucha się ich z przyjemnością.

Od czasu debiutu, krążka White Noise, minęły 3 lata – może to i długi czas, ale zdecydowanie opłacało się czekać. Album All We Know of Heaven, All We Need of Hell to 10 bardzo dobrych utworów, z których każdy jest dopracowany do ostatniego szczegółu. Może niektóre z piosenek są odrobinę „przeciągnięte” w końcówkach, ale ten fakt aż tak bardzo nie wpływa na odbiór płyty – to niecała godzina z dobrą, jednocześnie energetyczną, tajemniczą i zaskakującą muzyką. Album otwiera utwór Heaven – bardzo ładnie i spokojnie się zaczyna, a następnie zgrabnie przechodzi w rockowy refren. Co prawda spodziewałam się, że będzie brzmiał o wiele ostrzej (niekoniecznie lepiej), ale taka wersja zdecydowanie mu służy – zachowanie dobrych proporcji zdecydowanie na plus. Następca, Half, równie łatwo wpada w ucho. Podoba mi się sposób, w jaki wokal Lynn Gunn łączy się z muzyką – absolutnie nie jest agresywny, a wręcz przeciwnie: łagodzi ostrzejsze brzmienie gitar, dzięki czemu wszystkich nagrań PVRIS słucha się tak dobrze. Idąc dalej, bardzo zaskoczył mnie utwór Anyone Else – choć zdaje się mieć EDM-ową budowę, nie ma w nim ani kropli tego brzmienia – i wystarczy zaledwie chwila, by się o tym przekonać. Dobry, ciekawy i intrygujący kawałek, który spokojnie można było skrócić, ale pojawiające się przejście dodaje mu dynamiki i pazura. Nie rozumiem tylko „baśniowego” outro – to zakończenie zupełnie tu nie pasuje, ale może zagadka rozwikła się w kolejnym utworze?

O ile zagadka się nie rozwiązała, o tyle What’s Wrong to bardzo udany utwór. Ma radiową formułę (nic dziwnego, że został wybrany na singiel promujący), w refrenie wiele chórków i niby-popowych wokali. Za to muzycznie ambitnie, intrygująco, z ciekawą energią i dobrym brzmieniem – przyznaję, że jestem pod wrażeniem. Trochę zbłądziłam przy Walk Alone; ten utwór jest dla mnie trochę niezrozumiały i nie do końca rozwikłałam jego tajemnicę. O ile wokalnie i muzycznie jest bardzo dobrze, to coś mi w nim nie gra. Chwytliwe refreny – są, mocne i pełne energii zwrotki – są, ciekawa linia melodyczna – obecna, ale… w połączeniu tego wszystkiego wydaje się być trochę za dużo. W dodatku kolejny raz na samym końcu utworu doklejono outro, które nijak nie łączy się z brzmieniem następnego utworu – tym bardziej zachodzę więc w głowę, co autorzy mieli na myśli?

Zagadka harfy dalej pozostaje niewyjaśniona, ale chętnie idę dalej: moje pierwsze skojarzenie utworem Same Soul? Trochę Taylor Swift, a trochę Flyleaf – sama przyznaję, że to dość osobliwe połączenie, ale rzeczywiście ten kawałek ma w sobie cechy i jednego, i drugiego stylu. Bardzo łatwo wpada w ucho i podejrzewam, że zostanie wybrany jako kolejny singiel z płyty.

Trójka ulubieńców z tego krążka? Wyżej wspomniane Half, Nola 1 oraz – miejsce na fanfary – No Mercy. Najgłośniejszy, najdynamiczniejszy, najbardziej porywający rytmem i wokalem kawałek, który niemal rozwala tę płytę, ale tylko w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Na mnie zrobił spore wrażenie sposobem, w jaki muzykę połączono z wokalem. Lynn zachwyca siłą swojego głosu, a z drugiej strony umiejętnością panowania nad nim – co w przypadku rockowych wokalistek bywa sprawą oczywistą. Utworowi mocy dodają instrumenty: wielkie chapeau bas dla perkusji, która jest jego prawdziwym sercem! Równie dobrze słuchało mi się Nola 1 – ma bardzo lekki i zaskakujący początek, dzięki czemu to zdecydowanie najbardziej electropopowy kawałek na płycie. Przyznam, że takiego zakończenia się nie spodziewałam i to był dla mnie niezły szok – na plus, oczywiście, bo takich muzycznych bomb życzyłabym sobie więcej! Odrobina rockowego brzmienia przemycona jest, oczywiście, w refrenach, i zgrabnie łączy się z głosem Lynn.

Tak sobie myślę, jak by tu ładnie i zgrabnie podsumować najnowszy album PVRIS w jednym słowie… i chyba znów nie będę w stanie. Gdzie minimalizm nie może, tam metaforę wciśnie: na tym krążku znajdziecie zarówno tytułowe niebo, jak i piekło. W doskonale wyważonych proporcjach i kontrolą obu tych sił – czego mi osobiście bardzo brakowało w brzmieniu rocka. Tak trzymać, PVRIS, i bardzo liczę na to, że uda mi się Was usłyszeć na żywo!