Ostatnio, leżąc brzuchem do góry na kanapie, przelatywałem pilotem przez kanały dostępne na moim ograniczonym w ofertę programową telewizorze. W pewnym momencie skojarzyłem twarz jednej z pojawiającej się w kadrze osoby. Był to The Voice of Poland, a na jego scenie prezentował się facet z potarganymi blond włosami i niską barwą głosu, którą skądś już kojarzyłem. Nie mogłem tylko przypomnieć sobie skąd. Po chwili namysłu oświeciło mnie – przecież on występował w jednej z pierwszych części Mam Talent! Albo X Factor… Tytuł programu był w tamtym momencie nieistotny. Istotne było to, że edycje te były stosunkowo dawno. A to znaczy, że skoro ten gościu znów pojawił się w talent show, to jego kariera, przez te wszystkie lata, nie ruszyła do przodu ani o krok.
Takich ludzi jak owy blondyn z niskim głosem widuję w telewizji mnóstwo. Tułają się od jednego programu do drugiego z nadzieją, że dzięki nim staną się sławni oraz nagrają i opublikują płytę, która zdobędzie pierwsze miejsce list sprzedaży. Powiem szczerze – strasznie jest mi ich żal. Tak po prostu. Po ludzku.
Prawda jest taka, że jedynym prawdziwym zwycięzcą polskich talent show jest Kuba Wojewódzki. To jego udział jako juror w Idolu sprawił, że stacja Polsat zaproponowała mu tworzenie autorskiego programu nadawanego po dziś dzień (od 2006 roku w TVN). Od 14 lat. To chyba rekord na skalę naszego kraju, bo tego typu programy utrzymują się góra przez kilka sezonów. Inna kwestia, że dzieje się tak, ponieważ te audycje, w porównaniu z show Kuby, są po prostu słabe.
Mam wrażenie, że w ostatnich latach programy rozrywkowe typu The Voice of Poland są miejscem dla odrodzenia się karier gwiazd, które zasiadają w jury. O Tatianie Okupnik, zanim zasiadła w fotelu jurora X Factora, było zupełnie cicho. Edyta Górniak przed The Voice of Poland pojawiała się w mediach jako celebrytka, a artykuły, których była bohaterką, zajmowały się wszystkim oprócz jej muzyki. Ewa Farna, gdy rozpoczęła swoją przygodę w X Factorze, już nie była tą samą Ewą Farną co jeszcze kilka lat wcześniej. I nie mam na myśli jej tuszy… Mógłbym tak jeszcze podać kilka nazwisk, ale nie ma to większego sensu. Po prostu uważam, że talent show na ten moment służą bardziej lansowaniu się w nich jurorów, niż rzeczywistej pomocy i wsparciu dla osób, których rzekoma fabuła tego programu dotyczy.

Z drugiej strony, gdy popatrzymy na nazwiska artystów, którzy debiutują na rynku płytowym i sprzedają swoje krążki w ilości większej niż 500 sztuk, to ich wspólnym mianownikiem jest udział w jakimś talent show. Cóż, pożyjemy i zobaczymy, czy ta popularność utrzyma się na dłużej. Przypomnę tylko, że po zwycięstwie w pierwszej edycji Idola Alicja Janosz i jej piosenka o jajecznicy podbijały listy przebojów. Kto w ogóle dzisiaj o niej pamięta?
W kontekście tego felietonu nie mogę nie napisać o Sarsie. Dzisiaj cała Polska goni, biega i lata ponad. Autorka tego jakże ambitnego i metaforycznego wersu wystąpiła kiedyś w The Voice of Poland. Tydzień temu przeczytałem w jednym z artykułów na naszym portalu, że wokalistka wcale nie dotarła jakoś daleko w tym programie. Autor tekstu podkreślił, że mimo to Sarsa zdobyła znajomości w branży muzycznej, dzięki którym udało jej się wydać singiel Naucz mnie przez Universal Music Polska. To pokazuje, że zwycięstwo w Dwójkowym show, czy dotarcie do jego finałów i półfinałów, nie jest wcale przepustką do kariery.

Jakiś rok temu od czasu do czasu występowałem w krakowskich pubach, grając akustyczne przeróbki rockowych i pop rockowych klasyków. Raz zdarzyło się, że tydzień wcześniej, w tym samym lokalu co ja, grał chłopak mający w swoim CV udział w Mam Talent, X Factorze i Bitwie na głosy. Co mu to dało, skoro występował w tym samym miejscu i za tę samą stawkę (100 zł za 1,5 godziny grania) co ja – osoba, która smak talent show zna tylko od strony widza?
IV edycję X Factora wygrał Artem Furman. O jego debiutanckiej płycie jakoś nic nie słychać. Ostatnio, gdy spacerowałem po krakowskim rynku z moją dziewczyną widziałem, jak Artem grał na ulicy Grodzkiej. Żeby nie było niedomówień – nie kpię z tego typu występów. W zeszłym roku w trakcie pobytu w Anglii też grałem na ulicy i zarabiałem w ten sposób pieniądze. Chodzi mi o to, że Furman występował na ulicy jeszcze kilka lat przed zwycięstwem w jednym z największych polskich talent show. Ten triumf nie pomógł ruszyć jego karierze niczym Ford Mustang.
Co zatem ci wszyscy biedni i tułający się od jednego talent show do drugiego wokaliści mają zrobić, by zaistnieć na naszym rynku muzycznym? Cóż, nie wiem… Ale przytoczę tutaj pewną anegdotkę. Gdy Robert Lewandowski przechodził z Lecha Poznań do Borussii Dortmund, sprowadzany był jedynie jako młody i perspektywiczny talent, który może kiedyś trafi do pierwszego składu zespołu. Filarem ataku niemieckiej drużyny był wtedy paragwajski napastnik Lucas Barrios. Przez pierwszy rok kontraktu Lewy występował jedynie jako rezerwowy. Dopiero, gdy Barrios złapał długoterminową kontuzję, Robert wskoczył do pierwszego składu. Wtedy jego forma wystrzeliła do góry, niczym stanik prostytutki w trakcie obsługi klienta. Po co przytoczyłem tę historię? Po to, by podkreślić jeden fakt. Nieważne, czy w przyszłości chcesz być znaną gwiazdą muzyki, piłkarzem czy spin doctorem Andrzeja Dudy. Częścią składową tego sukcesu, prócz talentu i ciężkiej pracy, będzie jeszcze jeden czynnik. Szczęście.
https://www.youtube.com/watch?v=JXZSu8ArsuI



