Kolejna muzyczna gwiazda przekonała się, że nie ma to jak polska publiczność. Szwedzka wokalistka Elliphant po raz pierwszy trafiła do Polski w 2014 roku (Festival Tauron Nowa Muzyka), a chwilę później wróciła z dwoma klubowymi występami. Rok później zawitała na gdyńskiego Open’era. Dziś, odbywając trasę promującą nowy album, nie mogła nie wpaść do kraju nad Wisłą, gdzie zawsze jest ciepło witana.
Z Elliphant mam nie lada problem. Słuchanie jej nowej muzyki w domowym zaciszu to prawdziwa męka. Piosenki zlewają się w jedno. Ich podkłady zasmucają wtórnością. Sama wokalistka nie dysponuje wybitnym głosem, nie starając się chociaż nadawać swoim utworom tak potrzebnej im energii czy temperamentu, którą charakteryzowały się jej starsze kawałki. Album Living Life Golden, z którym artystka wpada do Polski, jest (jak na razie) najsłabszą tegoroczną płytą, jaka wpadła mi w ręce. Można więc spytać, co robiłam na koncercie Szwedki. Elliphant to jedna z tych gwiazd muzyki, których żywiołem nie jest nagrywanie płyt, lecz prezentowanie piosenek na żywo. Miałam okazję być na jej występie podczas Open’era i chociaż – kierując się tym, co słyszałam na płycie – podchodziłam do tego koncertu dość sceptycznie, bawiłam się świetnie. Do dziś miło wspominam to wydarzenie jako jedną z najlepszych imprez w swoim życiu.
Elliphant do Poznania przyjechała po raz pierwszy. Jej koncert zacząć miał się chwilę przed 21, lecz na miejsce przybyłam nieco wcześniej, by załapać się na support. Publiczność przed gwiazdą wieczoru rozgrzać miała polska wokalistka Agi Brine, której muzykę włożyć można do szufladki z napisem „kobieca elektronika”. Grająca na klawiszach Aga przemyca w swoich utworach także inspiracje r&b. Na swoim Facebooku informuje, że jest mieszanką Tori Amos i Aaliyah. Może na razie to porównania na wyrost, ale na pewno warto Brine obserwować.
Nie przypominam sobie, by jakakolwiek inna wokalistka tak chętnie zmieniała fryzury, co Elliphant (konkurować z nią może jedynie Rihanna). W Polsce artystka zaprezentowała nam się w sporej ilości długich, drobnych warkoczyków, które świetnie wyglądały w ruchu. Patrząc na Szwedkę nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż ma ona… ADHD. Aczkolwiek sam koncert zaczął się dość spokojnie – utworem Step Down. Z każdą kolejną piosenką zarówno publiczność, jak i sama Elliphant się rozkręcała. Usłyszeliśmy sporo nowości (m.in. Player Run, Living Life Golden, Hit and Run, Spoon Me), a także kompozycji z wydanej przed dwoma laty epki, na której wokalistka odważniej eksperymentowała z elektroniką i rapem oraz faktycznie uchodzić mogła za naszą europejską odpowiedź na M.I.A. (taka mała dygresja dotycząca duetu wokalistki z Azealią Banks Everybody: jak można pozwolić dobrze rapującym kobietom na takie miauczenie do mikrofonu? Tam powinny pójść iskry). Świetnie było usłyszeć Look Like You Love It, Only Getting Younger czy moje ulubione Revolusion. Nie zabrakło także Too Original z repertuaru Major Lazer.
Miesiąc temu podczas „pamiętnego” koncertu The Neighbourhood przekonałam się na własnej skórze, jak ważny jest kontakt wykonawcy z publicznością. Elliphant na szczęście nie jest tak „zamknięta” jak lider amerykańskiej kapeli i chętnie burzy ten niewidzialny mur między artystą a jego fanami. Zagadywała nas. Zachęcała do zabawy (na One More zaproponowała nawet, by obecni w klubie faceci wzięli swoje partnerki „na barana”). Dziękowała za wspieranie swojej muzyki. A przy okazji latała po całej scenie jak szalona, nie męcząc się przy tym ani na chwilę. Gdyby ktoś kiedyś zadał mi pytanie, z którą wokalistką najchętniej „ruszyłabym w miasto”, odpowiedź mogłaby być tylko jedna: z Elliphant. Nawet, jeśli nigdy nie kupiłabym jej płyty.
Opublikowany przez The-Rockferry Muzyka na 6 kwietnia 2016


