Poznaj redaktorów All About Music. Kamil Gajdek

W sumie to zaskoczony lekko jestem i zdumiony, że pan naczelny Łukasz wybrał mnie do tej piątki, żebym dodał swoje top of the life. Pierwsza kwestia jest taka, że cytując znaną polską komedię – nie znam się, zarobiony jestem i dopiero ostatnio w miarę systematycznie zacząłem znów pisać recenzje, a druga kwestia, że zaryzykował mocno, bo moje top płyty i wykonawcy to w głównej mierze starocie o których wiele osób już zapomniało. Jeżeli ktoś chce poczytać i posłuchać o bestsellerach siwiejącego trzydziestolatka to zapraszam.

Imię i nazwisko
Kamil Gajdek
Wiek
30 lat
Miasto
Kraków, obecnie Częstochowa
Zajęcie
ciężka praca umysłowa w marketingu pewnej znanej firmy; na AAM recenzent
DRUGIE HOBBY PO MUZYCE
kultura i sztuka na szeroką skalę, ze wskazaniem na sztukę współczesną i literaturę oraz koncertowanie z zespołem freSZejk i czasem również solowo

Wykonawcy:

Radiohead
Pamiętam, że pierwszy raz zetknąłem się z zespołem Radiohead w 2000 roku, a pierwszym utworem, który usłyszałem było Idioteque. Połamany bit i wokal Thoma Yorke’a sprawił, że po pięciu minutach byłem całkowicie we władaniu ich formy. Kolejne albumy, te późniejsze i wcześniejsze były dla mnie zawsze soundtrackiem w stanach depresyjnych i stanach niepogody. Kocham Radiohead za synkretyzm (to słowo pojawi się w moich typach wielokrotnie). Zespół łączy elektronikę z rockowym brzmieniem, genialnymi tekstami i niesamowitymi aranżacjami. Solowe projekty muzyków również są godne uwagi. Czy to Greenwood, czy Thom Yorke grający już typową elektronikę zawsze będą mi imponować pomysłami, otwartymi umysłami i przede wszystkim klimatem, który żaden zespół choćby chciał, nigdy nie podrobi.

Nick Cave
Jedna z moich największych fascynacji. Postać tak niesamowicie oryginalna i demoniczna zarazem, z charyzmą, która przykuwa wzrok nawet przeciętnego przechodnia. Nick Cave jest niesamowicie konsekwentny w swoim wizerunku. Pisze również znakomite ksiażki i scenariusz filmowe. Ostatnio film z jego udziałem, który właściwie jest dokumentem jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że to artysta nietuzinkowy. Charakterystyczny niski głos, surrealistyczne teksty i niesamowite historie – to elementy składowe, które cenię u niego najbardziej. Świat Nicka Cave’a jest mroczny i niebezpieczny, ale też ogromnie wciagający.

Joy Division
Zastanawiam się, czy Joy Division byłoby dla mnie tak bardzo ważne gdyby nie było w ich składzie geniuszu Iana Curtisa. Epileptyk, introwertyk, cierpiący na epilepsję wrażliwiec, który ostatecznie nie wytrzymał presji życia i kilka dni przed pierwszą trasą zespołu postanowił samodzielnie opuścić świat za pomocą pętli na której zawisł w swojej kuchni. Ian i koledzy z zespołu mieli w sobie niesamowicie naturalny bunt, a gdy oglądamy archiwalne tańce i wykonania Joy Division chciałoby się krzyczeć razem z nimi She lost control. Genialne punkowe granie, które nie dawało im bogactwa i splendoru sprawia, że dzisiejsze rockowe bandy mogą tylko pozazdrościć niepotwarzalnego stylu ekipie z Manchesteru. Może gdyby dziś grali, byliby zblazowani jak Morrissey. Skończyło się jednak na niewielkiej ilości utworów, które mimo upływu lat dalej mają u mnie pierwszeństwo przed współczesnymi zespołami typu Arctic Monkeys.

Tom Waits
Kolejna postać (to idealne określenie). Tom Waits jest postacią, na ile wykreowaną tego nie wiemy, ale jego pijacki zachrypnięty głos, dowcipne teksty pełne dymu papierosowego, przestrzenie zapyziałych amerykańskich spelun i nieciekawe typki to obraz niemal filmowy. Właściwie Tom Waits udzielający się filmowo, zwłaszcza u Jima Jarmuscha, dalej przekonuje i jest konsekwentny w swoim wizerunku sympatycznego lumpa. Uwielbiam go za dystans, ironię i sposób bycia. Chociaż ostatnie wydawnictwa są już wtórne, jego wczesna twórczość zawsze będzie mi towarzyszyła i dalej po paru szklankach whiskey będę z nim wył, a że nie śpiewa zawsze czysto, to śpiewać z Waitsem każdy może.

Moloko
Tak naprawdę Roisin Murphy solo nie ma takiej mocy, jak z szaloną ekipą zespołu Moloko. Wystarczy obejrzeć ich koncerty pełne improwizacji, energii i niesamowitych aranżacji, które poderwą każdego co chciał właśnie siadać lub podpierać ścianę. Moloko zrobiło kilka doskonałych płyt i co jest piękne one się nie starzeją i rozkręcić mogą każdą imprezę. Szczególnie jednak ten zespół ma moc na koncertach. Roisin uwodzi, a panowie z nonszalacją grają takie nuty, że szczęka opada. W sumie to zróbmy tak. Zobaczcie pierwsze półotrej minuty tego show. Upadający mikrofon, tańczący klawiszowiec – to jest kwintesencja tego jak nieprzewidywalne mogą być koncerty. Nie próbujcie tego w domu ;)

Fisz, Emade, Tworzywo Sztuczne, Kim Nowak
Synkretyzm i otwarty umysł kolejny raz. Fisz na początku zaczął jako raper, a Polepiony był klasykiem dla każdego miłośnika hiphopu. Potem pojawiło się Tworzywo Sztuczne grające elektronicznie. Potem znów Fisz z bratem Emade zrobili trochę hiphopu by następnie zaistnieć jako brudne, rockowe Kim Nowak. Kolejna odsłona to trio Waglewski, Fisz, Emade, które chyba utwierdziło każdego w przekonaniu, że rodzina Waglewskich nie boi się żadnych gatunków i nie ma takiej szufladki w której mogliby się zmieścić. Czekam za każdym razem na nowy strój muzyczny i jeszcze ani raz się nie zawiodłem.

ALBUMY

Apollo 440 – Electro Glide In Blue (1997)
Miałem trzynaście lat gdy dostałem tą płytę. Była to moja pierwsza płyta cd i zarazem jedyna, więc musiałem jej słuchać naokrągło. Właściwie mogę powiedzieć, że ukształtowała ona w jakiś sposób mój gust muzyczny. Apollo 440 to teoretycznie zespół grający elektronikę, ale nie bojący się śmiałych eksperymentów i mieszania gatunków muzycznych. Ain’t Talkin’ ’bout Dub to kawałek, który dziś spokojnie mógłby zawojować pierwsze miejsca list przebojów. Tytułowe Electro Glide in Blue nauczyło mnie słuchać trihopu i downtempo, Vanishing point dało namiastkę drum’n’bass, Stealth Mass in F#m nauczyło słuchać muzyki klasycznej i filmowej. Był to pierwszy album, który słuchałem w pełni świadomie i to Apollo 440 pozwoliło mi interesować się wieloma nurtami muzycznymi. Do dzis uważam, że jest to niedoceniana płyta, która jest kamieniem milowym w muzyce elektronicznej. Polecam wszystkim, którzy nie mieli okazji zetknąć się z tym genialnym w mojej opini albumem.

Portishead – Dummy (1994)
Prawdziwy, niepowtarzalny ponury triphopowy album, którego nigdy nikt nie przebije. Ponura, smutna płyta, na której jest jeden z lepszych utworów jaki w życiu słyszałem, czyli Glory Box. Portishead zawsze mi towarzyszył i nigdy nie przestanie. Nie potrafię powiedzieć czemu, ale zawsze też stawiałem sobie ekipę z Bristolu przed Massive Attack i Trickym. Koniec listopada jest najlepszym momentem, żeby przypomnieć sobie ten album, który w wielu rankingach płyt wszechczasów zajmuje wysokie miejsca. U mnie jest zdecydowanie w pierwszej piątce.

Tom Waits – The Heart of Saturday Night (1974)
Genialny Waits, jeszcze bez chrypki i charczenia. Słuchając drugiego studyjnego albumu artysty czuć ten knajpiany klimat o którym wspominałem pisząc o samym muzyku. Są serenady, jest Fumblin’ with the Blues, który pokochają wszyscy lubiący samodzielnie udać się do podrzędnej knajpki w której jest bilard, dym i brudne szklanki. Wesoły, pijacki blues, który pięknie brzmi w tle, przy codziennych czynnościach. Polecam wszystkim miłośnikom łażenia w deszczu w przemokniętym ubraniu, ale z suchą paczką papierosów i uśmiechem na twarzy, bo gdzieś tam w tych tekstach mimo ciężkiego życia, zawsze jest piękna kobieta i doznanie pięknej miłości.

Joy Division – Unknown Pleasures (1979)
Mieliśmy kiedyś taką małą kłótnię na naszej zamkniętej grupie All About Music dotyczącą klasyki. Powtórzę to co wtedy, jeżeli lubicie granie spod znaku Editors, White Lies czy Interpol musicie koniecznie dowiedzieć się skąd te zespoły się wzięły. Zanim muzyka rockowa stała się medialna i zaczęła zapełniać stadiony był między innymi zespół Joy Division. Był w nim bunt, prawda, zero managerów mówiących co trzeba zrobić by album się sprzedał, klipy kręcone na strychu, basista z gitarą bez jednej struny, bo nie wiedział jak wyglądać powinien prawdziwy bas. Kocham ten album, jest w nim szczery i prawdziwy bunt, nieczyste brzmienie i emocje, które sprawiają, że gdy Unknown Pleasures grane jest głośno, to wszędzie czuję ciarki!

Moloko – Statues (2003)
Chyba najlżejszy album obok Toma Waitsa w moim zestawieniu. Znakomita taneczna płyta, które nie jest całe szczęściem tandetnym disco. Nogi rwą się do tańca, hit goni hit, aranżacje zaskakują, a Roisin Murphy uwodzi głosem. Po prostu idealna płyta do tańca z kieliszkiem wina. 100%, Familliar Feeling, Statues to utwory genialne, które niejednokrotnie w swoich produkcjach z przyjaciółmi samplowałem. Ten album był i jest dla mnie ogromną inspiracją do działań muzycznych. Ogromnym plusem Statues jest to, że przy pierwszym odsłuchu nie zgadniemy nigdy co będzie dalej. Marzy mi się reaktywacyjny koncert Moloko na jakimś Openerze.

DJ Krush & Toshinori Kondo – Ki-Oku (1996)
Przypuszczam, że Ci muzycy są całkowicie nieznani dla naszych czytelników. No cóż, nie jest to muzyka łatwa. Właściwie to ciężki i ponury triphop, który po prostu został ubrany w trąbkę boskiego Toshinori Kondo. To jazz w połączeniu z rapowymi bitami. Niesamowicie proste brzmienie, ale może ta prostota dodaje właśnie tej naturalnej głębi. Jeden z tych albumów, który miały nagrany na kasecie i katowałem go na walkmanie. Marzy mi się ponowna kooperacja tego duetu.
Na zachętę:

Dub FX – Everythinks a Ripple (2009)
Dub FX to gość niesamowity, bo cała jego muzyka jest tworzona ustami, następnie zapętlana i poddawana różnym filtrom. Zaczynał jako grajek uliczny, obecnie zapełnia kluby całego świata. Miałem wielką przyjemność go spotkać osobiście, gdy jeszcze nie był gwiazdą i nie miał wydanej płyty. Powiem tyle, jest to człowiek orkiestra, który tworzy rzeczy niesłychane. Zaśpiewa, zarapuje i stworzy hit na poczekaniu. Płyta dostępna jest w wersji zarejestrowanej na ulicach różnych miast europejskich oraz później w wersji studyjnej. Polecam zdecydowanie poszukiwaczom nowych wrażeń.
Próbka:

Czytaj również