Poppy – Am I A Girl? (2018), recenzja Pawła Markiewicza

Nie da się zaprzeczyć, że Poppy jest jedną z najbardziej zapamiętywanych i oryginalnych artystek na świecie. Wokół niej unosi się atmosfera, którą trudno opisać w słowach. Ma w sobie coś z Paris Hilton i szatana. Te dwa przeciwległe światy przelały się na kolejny studyjny album artystki, który szokuje, zaskakuje i przyprawia o zawrót głowy.

Ręce opadają mi, kiedy słyszę, że Poppy wydała kolejny utwór, singiel czy album. Nigdy nie można jednoznacznie określić w którym kierunku tym razem pójdzie młoda wokalistka. Co trzeba przyznać – piosenka w każdym gatunku, którego dotknie, brzmi dobrze, ale ta różnorodność przyprawia o mdłości i nawet ja – zwolennik postępu i rozwoju artystycznego, dostaje białej gorączki.

Przed premierą wydawnictwa pojawiło się kilka jego zapowiedzi. Każda z nich to zupełnie inna, skrajna półka muzyczna. Słuchając tego albumu, podobnie jak jego poprzednika i jeszcze wcześniejszych projektów muzycznych, zadawałem sobie pytanie „po co?”. Dlaczego wokalistka, tworząc materiał na dany album, garściami czerpie z przeciwległych gatunków muzycznych. Celowy zabieg czy może szukanie swojej ścieżki w tym przemielonym biznesie muzycznym? Słuchając płyty trochę trzeba się pomęczyć – najwięcej piosenek jest w klimatach elektropopu z zabarwieniem lat 80′, gdzie królowały syntezatory, ale zdarza się też heavy metal i słodki popik w klimacie Kim Petras i Paris Hilton.

Momentami wydawnictwo jest ostre, agresywne, a chwilami przesłodkie i przyprawia o mdłości. Jest też trzecia opcja, najbardziej stonowana i ambitna, do której zalicza się między innymi Time Is Up, Aristocrats i Iconic. Chciałbym powiedzieć, że pomimo tej różnorodności, każda piosenka jest dobrze stworzona od podszewki. Niestety tak też nie jest. Niektóre kompozycje, to przerost formy nad treścią – X, a jeszcze inne, np. In A Minute na tle całego wydawnictwa wypadają nijako w warstwie lirycznej, wokalnej oraz na płaszczyźnie produkcji. Na szczęście tych złych piosenek jest o wiele mniej od tych dobrych, ale przy tak specyficznym wydawnictwie potknięcia są rażące.

I don’t need air to breathe when you kill the bees
And every river bed is dry as a bone
Oh, I will still survive when the plants have died
And the atmosphere is just a big hole

Trzeba pochwalić twórców za dobre pokierowanie głosem Poppy, który nie jest zbyt plastyczny, przez co mimowolnie wcześniej piosenki były dość monotonne. Teraz jest rozwój i Poppy sporo recytuje, bawi się tempem i tonem głosu. Progres widoczny jest także w warstwie lirycznej. Mniej kultu Poppy, a więcej tematyki dotykającej problemów świata, osobowości – i tu znowu – przekazanej w specyficzny sposób, który nie koniecznie musi dotrzeć do każdego odbiorcy.

Trudno jednoznacznie stwierdzić czy to jest płyta genialna czy zła. To po prostu dość dobre wydawnictwo, które ma w sobie kilka mocnych pozycji. Na pewno nie można odmówić Poppy pomysłu na siebie, ciągłego rozwoju i udoskonalania się. Ale przy trzecim wydawnictwie oczekiwałbym od Niej już czegoś ustatkowanego i w pełni świadomego artystycznie.

oceny

autor recenzji

Paweł Markiewicz
Paweł Markiewiczhttps://allaboutmusic.pl
Student drugiego stopnia Dziennikarstwa i komunikacji społecznej w Lublinie. Miłośnik brytyjskiego, jak i polskiego rynku muzycznego. Swoją przyszłość wiąże z dziennikarstwem muzycznym.

Sprawdź nasze inne

Recenzje

Nie da się zaprzeczyć, że Poppy jest jedną z najbardziej zapamiętywanych i oryginalnych artystek na świecie. Wokół niej unosi się atmosfera, którą trudno opisać w słowach. Ma w sobie coś z Paris Hilton i szatana. Te dwa przeciwległe światy przelały się na kolejny studyjny...Poppy - Am I A Girl? (2018), recenzja Pawła Markiewicza