Pop punk wcale nie umarł i ma się dobrze. Avril Lavigne – Love Sux (recenzja)

Inne recenzje

Choć tak naprawdę nigdy na dłużej nie zniknęła, rzec można, że Avril Lavigne w pewnym sensie powraca. W nowej płycie, Love Sux, artystka sięga do korzeni i brzmieniem nawiązuje do lat świetności, kiedy to pop punk królował w odtwarzaczach MP3 chyba każdego nastolatka. Wybierzmy się w tę nostalgiczną podróż z nią.

Nie ukrywam, że jako dziecko uwielbiałam Avril. Jej debiutancki album Let Go i późniejszy The Best Damn Thing zapewniły jej (zasłużony!) tytuł księżniczki pop punku, nie tylko w moim osobistym rankingu, ale też w gronie szerszej publiki. Tutaj jednak nasze drogi się rozeszły – późniejszą twórczość Kanadyjki śledziłam raczej z umiarkowanym zainteresowaniem, bo ballady przy akompaniamencie pianina w jej wykonaniu zbytnio mnie nie interesowały. Dlatego też, wieść o nowym albumie nie wywołała we mnie większej ekscytacji. Potem jednak, pojawił się pierwszy singiel, który sprawił, że zaczęłam kwestionować, jaki mamy rok. Ale po kolei.

Nowe wydawnictwo otwiera piosenka Cannonball, która już na samym starcie zapewnia prawdziwą energetyczną bombę. Avril wita nas słowami “like a ticking time bomb, I’m about to explode” i jak zapowiada, tak robi. Ten lekko ponad dwuminutowy utwór pokazuje, że litości nie będzie i mamy przygotować się na ostrą jazdę. Aż chciałoby się przenieść na moment w przyszłość, do trasy koncertowej promującej album, bo podejrzewam, że publiczność pokocha Cannonball w wersji na żywo. Po tym solidnym starcie, szybko spotykamy się z pierwszym gościem. Kawałek Bois Lie to przepychanka, w której wraz z Avril, nad faktem, kto jest większym kłamcą, debatuje Machine Gun Kelly. W tym niezbyt ambitnym ale niezwykle chwytliwym starciu, ciężko wskazać zwycięzcę, jednak przyznaję, że potyczki słucha się z wielką przyjemnością, bo wokaliści fantastycznie się uzupełniają i tworzą zgrany duet.

W końcu dochodzimy do dwóch singli, promujących krążek. Bite Me zapowiada się niepozornie, lecz już pierwszy refren pokazuje, że jest to utwór w tym samym stopniu głośny, jak poprzednicy. Zarówno muzycznie, jak i wizualnie (sprawdźcie klip!), mamy tu 100% wkurzonej Avril sprzed lat. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to kawałek idealny do każdego coming-of age movie. Love It When You Hate Me jest natomiast numerem, który w mojej opinii, mamy największą szansę usłyszeć w rozgłośniach radiowych. Ta płynnie przechodząca w emo pop opowieść o toksycznej relacji pokazuje, że nie wszystkim dobrze idzie ignorowanie czerwonych flag w związku. Pojawia się tu kolejny gość; blackbear nie tylko doskonale wpasowuje się w klimat swoim stylem rapowania, ale też bardzo miło harmonizuje z głosem Avril.

Do tej pory wydawać się mogło, że album zmierzał jedynie w stronę samych energicznych pop punkowych bangerów. Drogę tę przełamuje Avalanche, czyli nieco wolniejsza, początkowo akustyczna ballada, w której autorka zmierza się z bolesnymi przeżyciami, prezentując zarazem świetny wokal. Na uwagę zasługuje też mocniejszy bridge, który pod koniec utworu, wprowadza małego kopniaka. Nie odetchniemy jednak na długo, bo po odrobinie delikatniejszym Avalanche, znów podkręcamy moc. W zdecydowanie żywszym deja vu i jeszcze bardziej dynamicznym F.U., Avril rzuca kilka nieprzychylnych tekstów do swoich eks miłości, wykrzykując przy tym, że w zasadzie pogodziła się już z przeszłością i wszystkie te związki ma głęboko w dupie. Tak trzymać!

Pod koniec albumu spotkamy ostatniego gościa. Tym razem jest to frontman zespołu Blink 182, Mark Hoppus, który utworem All I Wanted zgotował nam całkiem miłego, pop punkowego letniaka. Płytę wieńczy kolejna, posiadająca w sobie ogromny ładunek emocjonalny ballada, Dare To Love Me, jednak mimo wszystko Avril kończy tak jak zaczęła, czyli z przytupem. Break Of A Heartache, chociaż jest kawałkiem powtarzalnym, a przez to trochę nijakim, spina w klamrę całą płytę i podsumowuje jej spójne brzmienie.

W Love Sux nie ma nic odkrywczego, ale też nie o to w tym wszystkim chodziło. Miło było cofnąć się o te 20 lat, żeby znów posłuchać klasycznego pop punku, który wydawać by się mogło, że lata swojej popularności ma już za sobą. Nie zawsze przecież trzeba być prekursorem i tworzyć rzeczy nieszablonowe i innowacyjne; czasem fajnie jest zrobić coś na luzie, dla zabawy, co przy okazji brzmi naprawdę nieźle i przynosi dużo endorfin.

Patrząc na Avril w nowym albumie, na pozór można stwierdzić, że artystka wcale się nie zmieniła: nadal te same długie, blond włosy i ostry makijaż, dobrze znana nam barwa głosu i teksty, które niekiedy bardziej przypominają nastoletnie rozterki miłosne, niż rozważania osoby dorosłej. Pamiętajmy jednak, że to nie jest już nastolatka, a będąca po dwóch rozwodach niemal 40-letnia kobieta, która w swoim dorobku ma tak trudne albumy, jak np. traktujący o jej długiej walce z boreliozą Head Above Water. Teraz, Avril w buntowniczym i szczeniackim stylu ma ochotę krzyczeć “Miłość ssie!” i ma do tego pełne prawo. 

Avril Lavigne - Love Sux
  • Data premiery: 25 02 2022
  • Single: Bite Me, Love It When You Hate Me
Najlepsze utwory: Avalanche, Bite Me, Cannonball
Najsłabsze utwory: Break Of A Heartache


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Aneta Kowal
Aneta Kowal
Słuchaczka One Direction, soundtracku z High School Musical i smutnego popu z lat osiemdziesiątych.

Czytaj również

Choć tak naprawdę nigdy na dłużej nie zniknęła, rzec można, że Avril Lavigne w pewnym sensie powraca. W nowej płycie, Love Sux, artystka sięga do korzeni i brzmieniem nawiązuje do lat świetności, kiedy to pop punk królował w odtwarzaczach MP3 chyba każdego nastolatka. Wybierzmy...Pop punk wcale nie umarł i ma się dobrze. Avril Lavigne - Love Sux (recenzja)