Po czterech latach Panic! At The Disco wydał swój siódmy album studyjny, będący jednocześnie trzecim w ramach projektu jedynego stałego członka grupy Brendona Urie. Nie ukrywam, że czekałam z niecierpliwością na nowe wydawnictwo najbardziej. Viva Las Vengeance, jak sama nazwa wskazuje, jest nawiązaniem do legendarnego zwrotu Viva Las Vegas – miasta, w którym narodziła się grupa z pierwotnymi członkami (Ryan Ross, Spencer Smith, Brent Wilson, Brendon Urie). Już wcześniej wokalista odnosił się do rodzinnego miasta w piosence Vegas Lights z czwartego albumu grupy Too Weird To Live, Too Rate To Die!, obrazując miasto jako wieczną imprezę wśród kasyn, a także innych atrakcji, oferowane przez miasto, które nigdy nie śpi. Tym razem Vegas jest ukazaniem pierwszych kroków grupy (co m.in. prezentuje Local God) oraz późniejszych upadków, a to wszystko oczami wokalisty.
Trzeba jeszcze kolejny raz to powiedzieć – stare Panic! nie wróci. Kto się jeszcze z tym nie pogodził, musi przyjąć, że takie są fakty, które Brendon przedstawił już wielokrotnie w swoich piosenkach czy wywiadach. Nawet teraz, w tytułowej piosence muzyk chce zerwać z mianem divy, która już pojawiła się wcześniej w utworze z pierwszego albumu grupy, czyli There’s a good reason these tables are numbered honey, you just haven’t thought of it yet. Tak przy okazji dodam, że w porównaniu z resztą singli Viva Las Vengeance oraz Middle Of A Breakup wypadają pod warstwą liryczną po prostu źle, ale trzeba przyznać, że szybko wpadają w ucho i trudno jest je wyrzucić z głowy.
Sam album wyróżnia się od reszty. Wiadome jest, że inspiracją do stworzenia albumu był nie tylko powrót do przeszłości, ale także (jak to określił Rivers Cuomo – muzyk z zespołu Weezers) zespół Queen. I czuć to bardzo dobrze na tym albumie, ale poza pop rockowymi piosenkami, nie byłam przygotowana na musicalowe klimaty. Brendon zaskoczył, o dziwo pozytywnie.
Obecna idea na album naprawdę nie jest zła. Tylko przez fakt, że dostaliśmy przed premierą single niezapowiadające takiego obrotu spraw, na początku pojawi się trudność w słuchaniu. Każdy odsłuch tych kilku „musicalowych” utworów poprawia sytuację, ale jest wyjątek. Początek tego całego show zaczyna najgorsza piosenka w całej dyskografii Panic! – Star Spangled Banger. Po zapowiedziach naprawdę czułam, że to będzie świetne, chociażby przez tekst, który rozbudził we mnie tego ducha nastoletniego buntu. Niestety, można być rozczarowanym. Pierwsza zwrotka to dla mnie jakieś bełkoty, które miały być jakimś rapem, ale wyszła z tego masakra, co automatycznie psuje klimat i dopiero jak przeczytałam tekst, wiedziałam, o co chodzi. Gdyby nie instrumental, to mogłaby być chociaż jedna gratka dla fanów muzyki emo.
Poprzednika musi wybronić najmocniejsza pozycja, bo opisująca początki zespołu – God Killed Rock And Roll, w którym mamy wspomnianą już inspirację zespołem Queen. Można odnieść wrażenie, że Brendon nawiązuje m.in. do porzucenia przez niego mormonizmu:
i
Panic! At The Disco – God Killed Rock And Roll
A także opuszczeniu Vegas i udania się do Los Angeles, aby zacząć karierę:
[…] Goodbye to Vegas, there was nothin’ left to save us
So we drove away, it’s alright […]Panic! At The Disco – God Killed Rock And Roll
Po tym mocnym akcencie przychodzi piosenka Say It Louder, oddający mi vibe Death Of A Bachelor oraz Victorious w jednym, co mnie od razu kupiło i katuję od początku.
Przez trzy albumy Panic! przyzwyczaiło swoich słuchaczy do zakończenia krążka jakąś balladą. Było nawet podkreślane w Zach Zach Show, że potrzebny jest to dla spójności albumu, żeby ten kontrast między utworami po prostu był. W Vivie ballada jest… ale nie na końcu. I czy tylko jedna? I tu kolejna niespodzianka, gdyż dostajemy dwie ballady, do których nie mam zastrzeżeń. A mowa tutaj o singlu Don’t Let The Light Go Out, który lirycznie ze wszystkich singli brzmi najlepiej, a także All By Yourself. Są to zdecydowanie jedne z najlepszych pozycji, jakich możemy posłuchać. A jeśli chodzi o koniec całego albumu, czyli Do It To Death, to można też się pozytywnie zaskoczyć. Choć to w większości nie jest powolna piosenka, na końcu zawiera fragment pierwszej zapowiedzi powrotnego albumu, mianowicie zdanie Shut up and go to bed w spowolnionej wersji. W jakimś stopniu usatysfakcjonował mnie ten koniec.
Nowe Panic! to kolejny przykład rozliczenia się Brendona z przeszłością. Nie jest to album dla osób, które ciągle żyją w przekonaniu, że ktoś ze starego składu zespołu powróci. Teraz jest czas, w którym projekt ciągle eksperymentuje i poszukuje dobrego następcy, aby odnieść ten sam sukces jak z High Hopes. O dziwo dobry krążek, nawet i lepszy od Pray For The Wicked, jednak brakuje mi trochę tego efektu wow. Można być pewnym tego, że powody do paniki są, ale głównie te pozytywne.
- Julia Maciąg - 8/108/10
- Karolina Posytek - 8/108/10
- Patrycja Szydlak - 7/107/10
- Zuzanna Gawrońska - 6/106/10
- Adrianna Małolepszy - 6/106/10
- Sebastian Dziuda - 5/105/10
- Łukasz Mantiuk - 5/105/10
User Review
( vote)- Data premiery: 19 08 2022
- Single: Viva Las Vengeanse, Middle Of A Breakup, Local God, Don’t Let The Light Go Out, Sad Clown

