W poprzednim roku supportowali Yungbluda na wyprzedanym koncercie w stołecznym Palladium. Ich występ spodobał się na tyle, że Saint PHNX powrócili do nas na headlinerski koncert!

Saint PHNX to dwóch braci, wokalista i multiinstrumentalista Steve Jukes oraz perkusista Alan Jukes. Ale… jak okazało się podczas występu, Alan jest także świetnym raperem! Zacznijmy jednak po kolei, bo jest o czym mówić.
Chyba każdy z nas wie, jak to jest z supportem. Zazwyczaj jest to mały zespół, na który się przychodzi albo nie, oczekując zazwyczaj niewiele staje się gdzieś z tyłu, żeby w międzyczasie poplotkować z koleżanką, czy czegoś się napić. Nie wiedziałam, czego spodziewać się po kimś, kogo nazwa nigdy nie obiła mi się o uszy, ale postanowiłam zaryzykować. To co zadziało się, gdy na scenie pojawił się BarlowLN, czyli Evan Barlow, było bardzo miłym zaskoczeniem.
Ciężko opisać jeden kierunek, w obrębie jakiego porusza się muzyk. Pojawiały się momenty, kiedy odczuwałam energię Macklemore czy Twenty One Pilots, ale tak naprawdę to mieszanina różnych gatunków. Jego twórczość określana jest mianem muzyki dnia następnego, wychodzącej poza schematy. Jak to sprawdziło się na żywo? Okazało się, że Barlow jest totalnym wulkanem energii i ma świetny kontakt z publicznością, która dobrze się bawiła. Z ciekawostek dodam tylko, że zaśpiewał on na żywo nieopublikowany jeszcze utwór Stars, który w oryginale wykonuje razem z Yungbludem.
Miałam jednak pewne wątpliwości. Cały repertuar artysty obracał się w dość smutnych tematach, takich jak uzależnienie od narkotyków czy śmierć kogoś bliskiego, przytaczał on nawet swoje osobiste historie. Większą część zgromadzonej publiczności stanowiły natomiast nastolatki, które chyba nie do końca zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji i tego, o czym jest mowa. Reagowały entuzjastycznie na każde zdanie wypowiedziane przez wokalistę, co na mojej twarzy malowało coraz większe zażenowanie. Mam niestety smutne wrażenie, że dobór aktu supportującego nie był trafnym pomysłem, przy całej mojej sympatii do BarlowLN.
O tym, że występy Saint PHNX są czymś niesamowicie energetycznym miałam okazję się przekonać podczas ich poprzedniej wizyty w Polsce, kiedy to ich występ poprzedzał show wspomnianego wcześniej Brytyjczyka. Choć zebrana w Hydrozagadce publiczność nie przypominała ani trochę wypełnionego po brzegi Palladium, energia nie różniła się zupełnie niczym. Już pierwszy utwór, którym było Reload dał nam znać, że musimy przygotować się na dobrą zabawę. Fani ciepło przyjęli swoich ulubieńców, przygotowując na sam początek kartki z napisem „welcome back in Poland”, co wywołało niemałe uśmiechy na twarzach artystów. Podczas godzinnego setu co najmniej kilkukrotnie ze sceny padały z ust wokalisty wyrazy sympatii do naszego kraju i tego, że jesteśmy najbardziej szaloną publicznością, dla jakiej mieli okazję grać.
Koncert obfitował w znane wszystkim klasyki, takie jak Mountains, Follow, Death of Me, Sorry czy King wykonane w wersji akustycznej. Byłam pod wrażeniem kontaktu braci z publicznością i tego, jak muzyka dosłownie pochłonęła zebranych pod sceną. Muzycy niejednokrotnie schodzili ze sceny, aby śpiewać i grać wśród zgromadzonych osób. Na jednej z piosenek pojawił się nawet pseudo „moshpit”, w którym uczestniczył perkusista.
Ostatnią piosenką, jaką zagrał duet było Scream, czyli jeden z utworów, na który czekałam najbardziej. I nie zawiodłam się ani odrobinę! Jestem pewna, że ten chwytliwy beat, który występuje przez cały kawałek, długo nie wyjdzie mi z głowy.
Koncert miał kilka minusów, ale zdecydowanie po raz kolejny zwyciężyła siła muzyki. Saint PHNX wstrzykują taką dawkę energii, która zdecydowanie przyda się, kiedy na wiosnę musimy jeszcze odrobinę poczekać. Zdecydowanie polecam sprawdzić!
Ps. Nagrania udostępnione dzięki redakcyjnej koleżance Izie, która uczestniczyła ze mną w tym super wydarzeniu!

