Sądząc, że muzycy powolutku odwracają się od nostalgii w swoich produkcjach, Poppy wchodzi cała na czarno i mówi, że wcale nieprawda. Jej najnowszy czwarty studyjny krążek pod tytułem Flux nie wahał się popłynąć z prądem tego, co dobre w rocku oraz jego pokrewnych gatunkach w XXI wieku, łącząc to aktualnymi fascynacjami samej jego autorki. Jednak czy prądy tej rzeki zostały odpowiednio zbadane, czyniąc to dzieło czymś więcej, jak kolejnym niecnym skokiem na wspomnienia ludzi takich jak ja? Sprawdźmy!

Moriah Rose Pereira, jak w prywatnym życiu Poppy się tytułuje, jest artystką, której historia kariery spokojnie może stanowić podstawę naprawdę ambitnego filmu. Kto by pomyślał, że zaczynając jako słodka i sympatyczna, choć niepokojąca w zachowaniu blondyneczka z YouTube’a, będzie się obecnie cieszyć szerokim uznaniem, zarówno krytyków, jak i swojej oddanej publiczności. Tym bardziej, gdy jej wizerunek okazał się być wspólnie wykreowany przez despotycznie kontrolującego zza kulis Titanica Sinclaira, który miał już koncie bardzo podobny projekt, znany później jako Mars Argo. I tak dotarliśmy do roku 2021, kiedy to Poppy ciesząc się niezależnością, zarówno psychiczną, jak i artystyczną, wydaje album, który kontynuuje przemianę jego autorki w księżniczkę ciężkiego grania, która w dodatku ma sporo do powiedzenia.
Flux to krążek zdecydowanie przynależny do świata rocka oraz jego różnorodnych alternatyw z pierwszej dekady nowego milenium. Tym samym mamy tu do czynienia z odniesieniami do chociażby Avril Lavigne (Lessen The Damage), Blink-128 (So Mean), Yeah Yeah Yeahs (Her, As Strange At It Seams), czy Kings Of Leon (Never Find My Place). Na nasze szczęście, Poppy nie poszła na łatwiznę, bo umiała znaleźć w tych inspiracjach coś swojego. Dzięki temu Flux pomimo tych silnych inspiracji pozostawił mnie ciekawym i nieustająco zaintrygowanym. Fajnym jest też to, że Poppy nie porzuciła swoich popowych korzeni, które nadały jej piosenkom rytmu, dynamiki oraz treści.
Co warte wspomnienia, początkowo odnosiłem wrażenie, że im dalej we Flux, tym paradoksalnie miał co raz mniej do zaoferowania. Tak jak tytułowy utwór krążka był porywający i muzycznie rozbudowany, tak zamykający album Never Find My Place operował na zupełnie innych rejestrach tej dynamiczności. Nie mniej, Flux pozostał w tym wszystkim konsekwentny, przez co nie mogę być wobec niego szczególnie krytycznym – ot po prostu taki jest. Mimo wszystko chciałem dostać od Poppy zdecydowanie więcej, bo być może przekaż jej albumu zyskałby na jasności, a ja bym nie musiał pisać o swoich wątpliwościach.
Jeśli chodzi o produkcyjne walory Flux, to muszę przyznać, że ten nie ma sobie równych. Poppy po prostu wiedziała czego chce i umiała to wyegzekwować, zarówno od siebie, jak i swoich współpracowników. Tu nie było ani jednego momentu zwątpienia, że ta czy inna nutka musi być taka, a nie inna. Doprawdy miło jest obcować z tak muzycznie dopracowanym dziełem. Jednak Flux to coś zdecydowanie więcej, niż sama melodia, bo równie ważnym, jak nie najważniejszym, jest jego treść.
Tak jak sugeruje jego tytuł, album dość płynnie przechodzi między ogólnikowo poruszonymi tematami jak kobiecość, sława i próba odszukania samego siebie, a bardzo dobitnymi odczuciami Poppy w stosunku do jej dotychczasowego producenta. To po prostu było nieuniknione, aby choćby część jej twórczości nie została poświęcona tej jednak bardzo trudnej emocjonalnie sprawie. Magia Flux polega jednak na tym, że pomimo możliwości powiązania danych piosenek z tą sytuacją, tak pozostały one bardzo uniwersalne. Dzięki temu mogłem utożsamić się z ja lirycznym, bo to dało mi konkretne uczucia, a nie opis kolejnych wydarzeń z życia Poppy, z których niewiele wynika.
Kolejną ogromną zaletą Flux jest zasadniczy brak słabych piosenek, choć osobiście nie przypadł mi do gustu utwór On The Level. Nie oznacza to jednak, że Wam nie będzie wstanie sprawić tej przyjemności, która mnie po prostu ominęła. A tak poza tym to wszystkie trzy single, czyli Her, tytułowe Flux oraz So Mean, nie mogły lepiej zareklamować tego albumu. Uwielbiam również Lessen The Damage, które nie bierze jeńców, jeśli chodzi o natężenie metalowych gitar oraz bicia w perkusję z prędkością światła. Miło też myślę o zamykających As Strange As It Seems oraz Never Find My Place, które nawet pomimo swojej ponurości, zostawiły we mnie nadzieję, że Moriah ma się naprawdę dobrze.
Poppy za sprawą Flux pokazała, że nie płynie z prądem, wręcz przeciwnie, to ona jest prądem i płynie tak, jak czuje i chce. Choć to zaledwie półgodziny muzyki, tak warte są one uwagi każdego, kto szuka w muzyce czegoś zdecydowanie więcej. Flux to dobra nuta, trudna i niekoniecznie przyjemna, jeśli chodzi o jej przekaz, natomiast warta każdej Waszej chwili.
- Data premiery: 24 09 2021
- Single: Her, Flux, So Mean

