Pixies – Indie Cindy (2014), recenzja Bartka Karlickiego

Z powrotami po latach bywa różnie, jedne zespoły przeżywają drugą młodość nagrywając swoje najlepsze albumy (Swans), inne bazują jedynie na sentymencie fanów. Nowa, szósta  płyta Pixies, legendy alternatywnego rocka, jest z pewnością wydarzeniem równie ekscytującym, co niepokojącym.  Indie Cindy została nagrana bez Kim Deal, dotychczasowej basistki i wokalistki zespołu, co zapewne wzbudziło pewien niepokój u niektórych fanów.

Pixies przed laty mieli kluczowe znaczenie dla rozwoju gatunku. Inspirowali rzesze zespołów grających niezależnego rocka, a Kurt Cobain stwierdził, że jego Smells Like Teen Spirit  to zżyna ze stylu starszych kolegów. Come On Pilgrim (?) czy Doolittle(?) stały się kamieniami węgielnymi alternatywnego grania, a o Surfer Rosa  przeczytałem kiedyś, że to ulubiona płyta krytyków muzycznych. Ich największy hit Where Is My Mind współtworzył niezapomnianą scenę destrukcji w Fight Clubie (tudzież Podziemnym kręgu hehe). Oczekiwania mogły być więc całkiem spore, choć z drugiej strony czego tu oczekiwać? Nagrali po prostu dobrą płytę, złożoną z dobrze znanych klocków.

Reaktywowali się już jakiś czas temu i choć tylko na koncerty, to jednak płyta wisiała w powietrzu. Nie przystoi przecież takiemu zespołowi grać w kółko starych piosenek. Po drodze stracili kluczowego członka grupy i wydali słabo przyjęte „epki”. Może gdyby byli kimś innym, to odczuwaliby jakąś presję. Niektóre zespoły taka sytuacja mogłaby zniszczyć. Oni jednak kompletnie na luzie wypuścili Indie Cindy udowadniając, że nie są jeszcze takimi starymi dziadami jak by się mogło wydawać.Zdaje się zresztą, że trafili na dobry czas dla reaktywacji alternatywnych kapel z „najntisów”, by wspomnieć tylko nowe My  Bloody Valentine, czy The Afghan Whigs.

Po zapoznaniu się z płytą można stwierdzić, że gdyby nagrali ją dwadzieścia lat temu, to pewnie byłaby ona równie kultowa, co inne ich dzieła z tamtego okresu (no może gdyby jeszcze tylko zmienili tę paskudną okładkę). Dziś jednak to tylko porządna płyta legendarnego zespołu, a to wbrew pozorom istotnie wpływa na odbiór. Albumu nie słucha się z wypiekami i przejęciem, a jedynie z ciekawością i bez jakiś niesamowitych emocji. Z Indie Cindy jest jak z długą podróżą samochodem, gdy nie chcemy zużyć za dużo paliwa. Trzymamy stałą prędkość i nie dokonujemy żadnych niepotrzebnych zrywów. Przyznać trzeba, że trafiły się im naprawdę celne strzały jak chociażby najlepsza z całego zestawu Magdalena 318, czy zaskakujący ze względu na elektroniczny bit Bag Boy. Cholera, ta płyta jest po prostu dobra i tyle. Ci co byli na Orange Warsaw Festival, to wiedzą jak nowe utwory prezentują się na żywo. Mi niestety nie było to dane ale wierzę, że pomimo upływu lat zespół jeszcze stać na porządny show.

Wielki studyjny powrót Pixies można uznać za zadowalający. Misja zakończona, orzeł wylądował. Udało się weteranom niezależnego rocka nas pozytywnie nie zaskoczyć. Nagranie dobrej płyty w starym stylu po długiej przerwie, to i tak więcej niż można oczekiwać od zespołu, który kiedyś tworzył historię. Mam w tym miejscu ogromną chęć napisania, że płyta zawiera „12 energetycznych utworów”, bo w gruncie rzeczy tak jest. O czym ja mam tu jeszcze pisać? Jeśli w ogóle obchodzi was co taki zespół jak Pixies ma obecnie do powiedzenia, to po prostu posłuchajcie tej płyty. Warto. I tyle.

pixies

Czytaj również