Beneath the Eyrie to próba poszukiwania nowego kierunku dla zespołu, który już dawno kompletnie zatracił swoje DNA. Z zespołu, który wywarł niebagatelny wpływ na muzykę rockową końca XX wieku, Pixies stali się przeciętniakami bez wyrazu, którzy nie wyróżniają się niczym w morzu alt-rockowych kapel, którym kiedyś przecierali szlaki.

Pixies na przełomie lat 80. i 90. wyprzedzali swoje czasy. Choć swoimi dokonaniami nie podbili świata muzyki rockowej, to nie ma przypadku w tym, że na ich wpływy powoływali się tacy artyści jak Kurt Cobain, David Bowie czy Thom Yorke. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie Pixies, to nagły boom na alternatywnego rocka nie byłby taki sam. Choćby dlatego warto ich słuchać, choć ze świadomością, że z nimbu pionierów i innowatorów niewiele już zostało. A właściwie nic, czego potwierdzeniem jest Beneath the Eyrie.
Czy to źle? Może i nie, ale sam fakt, że wszystkie teksty na temat Pixies (włącznie z tym) zaczynają się od przypomnienia chwalebnej historii, zamiast skupienia się na nowym materiale, już o czymś świadczy. Nie chcę się wypowiadać za innych, ale może to wynikać po prostu z tego, że ciekawsze w tym zespole było to, co tworzyli dawno temu, a dziś słuchani są chyba tylko ze względu na wcześniejsze dokonania. Chyba jednak najwyższy czas już skończyć z dawaniem zespołowi kredytu zaufania za to, co było i oddzielając przeszłość grubą kreską, skupić się na tym, co jest. A nie jest dobrze.
Historia zespołu po 2004 roku, kiedy muzycy wrócili do grania po rozpadzie trwającym dekadę, nie była i raczej już nie będzie usłana różami. Nie powstało w tym czasie nic ciekawego muzycznie z ich strony, co poskutkowało zawodem i utratą wielu fanów na całym świecie. Owszem, starali się nawiązywać do swojego styli z przełomu lat 80. i 90., ale nie były to udane próby. Beneath the Eyrie też nie ma w sobie nic z tej oryginalności, która ćwierć wieku temu była ich znakiem rozpoznawczym. Dziś Pixies są przewidywalni, niczym się nie wyróżniają. O tej płycie zapomina się pół godziny po przesłuchaniu.
Płyta, która poprzedziła recenzowany album powinna skutecznie odstręczyć Pixies od pomysłu powrotu do brzmienia sprzed trzydziestu lat. Na Head Carrier to się nie udało i dobrze, że nie starano się na siłę zrobić tego również teraz. Problem w tym, że zespół nie bardzo ma pomysł na to, co dalej i to niestety słychać z każdą piosenką coraz bardziej.
Jedyny pozytywny moment Beneath the Eyrie to singlowy On a Graveyard Hill, choć tekst piosenki jest dość osobliwy. Utwór opowiada o wiedźmie, która zrywa kwiatki, chodzi po lesie z pochodnią i wykrzykuje słowa klątwy. Inne utwory są nie mniej surrealistyczne czyniąc album dość mrocznym, ale wciąż zachowawczym i wcale nie niepokojącym, jak bywało to wcześniej.
Beneath the Eyrie jest przeciętny. Pixies w żaden sposób nie ruszają już swojego odbiorcy, ich muzyka stała się letnia. Płyta nie wnosi nic nowego do dorobku zespołu i nie daje zbyt wielkich nadziei, że Bostończycy będą jeszcze w stanie stworzyć coś, co przyciągnie naszą uwagę.

- Data premiery: 13 09 2019
- Single: On Graveyard Hill, Catfish Kate

