Nieważne jak o Tobie mówią, ważne by mówili. Słowa Marilyn Monroe moglibyśmy dopasować dzisiaj właściwie do każdej gwiazdy-skandalistki. Taką taktykę zdaje się też stosować Pitbull. Nie boję się zastosować stwierdzenia, że jest właściwie wszędzie: u Jennifer Lopez czy też u innych artystów, przede wszystkim na featuringach. W zeszłym roku raper wydał Globalization. W tym zaskoczył nas hiszpańskojęzycznym Dale. No, właśnie i tutaj wypadałoby postawić znak zapytania.
Powiem szczerze: nie trawię gości, którzy co rusz pojawiają się w coraz to nowszych singlach czy albumach. Odruch wymiotny jest w tym wypadku jak najbardziej na miejscu – nie po to przecież wymyślono powodzenie co za dużo to niezdrowo, a i nad arcydziełami zawsze charakteryzują się długim procesem powstawania. Najwidoczniej niektórzy się tym nie przejmują.
Pitbull, czyli pan Armando Christian Pérez postanowił uraczyć nas kolejnym, po zeszłorocznym Globalization albumem. Jednak tutaj jest bardziej tanecznie niż przy poprzednim hiszpańskojęzycznym wydawnictwie, Armando z 2010 roku. Nadal jednak widać nijakość prezentowanych kompozycji, (bo co to za utwór, który jest zbyt podobny do setek innych hiszpańskojęzycznych i rumuńskich potworków? – aż mi się to wszystko kojarzy z Gasoliną Daddy’ego Yankee, czyli źle.), rozpoznawalne pitbullowe dźwięki i okrzyki (przecież nieprzypadkowy jest tytuł krążka Dale, prawda?) oraz produkcja, której równie dobrze mógłby być ktoś, kto nie ma aż tak wielkiego doświadczenia, jeżeli chodzi o przeróbkę i remix. W dobie internetu oczywiście takim kimś może być właściwie każdy z nas.
Myślę, że nazywanie Pitbulla raperem jest raczej obelgą dla tych, którzy faktycznie występują w tej roli na albumie. Wystarczy spojrzeć na Baddest Girl In Town, który paradoksalnie jest jedną z najprzyjemniejszych pozycji na wydawnictwie. Jak ktoś kocha Innę, Akcent i takie tam rumuńskie umcyki to polecam. Mnie jednak podoba się jedynie refren od Mohombiego – to właściwie jedyna rzecz, dla której postanowiłam przesłuchać singiel do końca. Haciendo Ruido z Ricky’m Martinem typuję z kolei na następny singiel. Dlaczego? Po pierwsze, featuring. Ricky Martin spisuje się tutaj doskonale. Po drugie, byłaby to następna piosenka radiowa, która sprawiłaby że mówilibyśmy o Dale. Po trzecie, oczywiście Pitbull, który jest wszechobecny i popisuje się kolejną wiązanką słów, które ni z gruszki ni z pietruszki, ale jednak są. I co z tego, że to co mówi jest bez sensu? Ważne, że jest. Warte przesłuchania jest jeszcze No Puedo Mas, ze względu na wyróżnienie się kawałka na tle innych dokonań artysty. Być może to przez Yandela, gdyż to dzięki niemu można było się przenieść do dawnych czasów?
Komplementów dość, jednak sądzę, iż powyższy akapit to i tak jeden niepotrzebny nikomu bełkot. To są rzeczone „perełki”, które po części ratują moje zdanie o krążku. Reszta kawałków to prawdziwy pokaz bezradności twórczej. Mamy dokładnie to, co już kiedyś było. Bez niespodzianek, bez pozytywnych zaskoczeń, bez „WOW, czy to naprawdę Pitbull?”. Czekanie na to ostatnie jest tak samo surrealistyczne jak prośba o lek na długowieczność. Chi Chi Bon Bon, El Taxi czy Que Lo Que to zdecydowanie najgorsze z najgorszych tracków na Dale. Takie moje osobiste TOP3.
Oczywiście, do tej listy mogłabym dopisać następne, ale po co, skoro wiecie, że prócz dwóch kawałków wymienionych gdzieś wcześniej nic nie jest warte uwagi? Oczywiście, każdy fan mainstreama czy też niezbyt wymagający artystycznie odbiorca na pewno bez szemrania potańczy. A co ma zrobić zwykły zjadacz chleba i poszukiwacz tego, co w muzyce najlepsze? Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle prosta: omijać szerokim łukiem muzykę Pitbulla. Nie powiem, osoby zaproszone do Dale zapewniają ciekawe kilkanaście sekund każdego utworu, ale to stanowczo za mało by zwalić mnie z nóg i chwalić krążek po wsze czasy.


