Piotr Zioła w toruńskim Centrum Kultury Dwór Artusa. Relacja Łukasza Jaćkiewicza i zdjęcia Jakuba Molina

0
150

Jesienne trasy koncertowe dopiero zaczynają swoje byty. Swój drugi koncert promujący debiutancki krążek ma już za sobą także Piotr Zioła. Oto co się działo w Toruniu.

Piotr Zioła to młody, obiecujący wokalista, sięgający po klimaty bliższe jego starszym kolegom po fachu. Charyzmatyczny, cholernie utalentowany, mający za sobą prezentację debiutanckiego materiału. Na okładce tego wydawnictwa jawi nam się jako wycięty z lat 50. czy 60. amant, bożyszcze damskich serc, trochę taki James Dean z najlepszych lat. Do tego skóra, papieros w ustach i zawadiacki kosmyk włosów.

Tak też było w Toruniu. Ubrany w skórę i spodnie przypominające retro krój z ubiegłych dekad, dopiero przeciera swoje szlaki na muzycznej scenie. To widać na pierwszy rzut oka. Materiał z płyty, który zaprezentował broni się sam. Piotrowi brak jednak póki co pewnego obycia scenicznego, pewności i wyrazu. Niepotrzebnie ciągle chodzi po scenie, a co najgorsze około pół koncertu był odwrócony tyłem do publiczności. A to przecież ona chyba jest najważniejsza w tym wszystkim. Oczywiście jest jeszcze młody, wszystko przed nim, bo wydał dopiero pierwszą płytę – musi się jeszcze dużo nauczyć. Dobrze natomiast, że rozmawia ze słuchaczami, podtrzymuje z nimi kontakt. To oni wstali z miejsc (koncert był siedzący) i popędzili pod scenę, aby bawić się ze swoim młodym idolem. W nich siła i to dla nich jest przecież wszystko robione. A przecież to taki miły i sympatyczny chłopak!

Koncert jednak pod względem muzycznym nie był jednak taki zły. Mimo chwilowych problemów dźwiękowych na pierwszej piosence, dobrze zaprezentował materiał z debiutanckiego krążka. Oprócz znanych nam singli Podobny i W ciemno, dane nam było (mi już drugi raz) posłuchać te mniej znane. Tu prym przede wszystkim wiodło najbardziej krzykliwe CFTCL, szkoda jednak, że nie zostało zaprezentowane w polskiej wersji, (Zapalniki), bo ona jest jeszcze lepsza. Moimi faworytkami były też Safari i Amy, ta druga to moja osobista pozycja numer jeden z płyty.

Piotr Zioła to na pewno jeden z najciekawszych debiutantów ostatnich lat. Nie nagrał płyty mainstreamowej, a jednak wybił się ponad przeciętność. Gdy nabierze pewnej pewności siebie na scenie, może stać się kimś więcej. Tego mu życzę, bo szkoda zaprzepaścić taką okazję.

Fot. Jakub Molin