Pharrell Williams – G I R L (2014), recenzja Łukasza Mantiuk

To kompletnie nie moja bajka. Pharrell wziął się dla mnie znikąd, odkryłem go dzięki Daft Punk, potem było Happy, a po drodze jeszcze Blurred Lines. A teraz muzyk wydał nowy album zatytułowany G I R L. Jestem w szoku, bo podoba mi się bardzo. Tak bardzo, bardzo.

Podejrzewam, że w sytuacji podobnej jak moja jest całkiem spora liczba „nowych” fanów Pharrella. Ale sam sobie na to zapracował – utorował sobie drogę do sukcesu poprzez dwa największe hity 2013 roku, później wydając Happy, które staje się powoli największym hitem 2014. A i cały ten – jak i poprzedni – rok może należeć do niego. Krążek G I R L pełen jest kawałków, które mogą stać się przyszłymi hitami.

Całość rozpoczyna się fenomenalnym, jednym z najlepszych kawałków na płycie – Marylin Monroe. Spodobał mi się każdy aspekt tego utworu – od znakomitego tekstu, wpadającego w ucho refren i znakomitej instrumentalistyki. Utwór ten, to zapowiedź czegoś, co w tej płycie jest na najwyższym poziomie – nienagannej, starannej i genialnej produkcji. Wszystkie utwory – i choć jest ich tylko 10 – dopieszczone są w każdym calu.

Brand New to pierwszy duet na albumie. I to z kim – z jednym z najbardziej lubianych przeze mnie wokalistów everJustinem Timberlake’iem (see you in August!). Ten utwór musi zostać singlem. Nadaje się na niego idealnie – dwie wielkie gwiazdy, szybkie tempo, letni nastrój – to może być hit lata 2014. Niech tylko wydadzą go na singlu! Na albumie G I R L znajdziemy jeszcze jeden „oficjalny duet” – jest to Know Who You Are z Alicią Keys pod koniec krążka. Kolejna moja ulubiona gwiazda na tym wydawnictwie. Lekko reggae’owa, swobodna i subtelna kompozycja to kolejny highlight tego krążka. Chociaż jednak duet z Justinem jest znacząco lepszy. Napisałem „oficjalny” duet, ponieważ i na wszelakich tracklistach jak i książeczce dołączonej do albumu jedynie Justin i Alicia są wymienieni jako featuringi. A to nie prawda, bo zaznaczone powinny zostać jeszcze trzy inne gwiazdy. Gust of Wind to kolaboracja Pharrella z Daft Punk co doraźnie słychać. W Come Get It Bae raperowi towarzyszy  Miley Cyrus, a w Lost Queen udziela się w chórkach JoJo. Co prawda jednak, warto zauważyć, że rola tej trójki jest znacznie mniejsza niż Alicii i Justina w swoich utworach.

Gust of Wind oraz Come Get It Bae to kolejne świetliste momenty (jak inaczej mam przetłumaczyć słowo highlight, które idealnie mi tu pasuje, a nie za bardzo ma polski odpowiednik?). Gust of Wind można uznać za oficjalne zamknięcie trylogii PharrellowoDaftPunkowej – było Get Lucky, potem Lose Yourself to Dance, a teraz wisienką na torcie jest Gust of Wind. I to jaką. To jeden z najbardziej lubianych przeze mnie utworów z tego krążka.

[/su_row]

Pomijając oficjalne i nieoficjalne duety, zostaje jeszcze nam kilka utworów, w których mamy samego Pharrella. Tu na prowadzenie wysuwa się wspomniane już Marylin Monroe, ale tuż za nim mamy Hunter – wspaniała kompozycja. Tak jak zaznaczyłem na wstępie, prawie każdy utwór wydany na singlu miałby szanse stać się wielkim przebojem.

I tu dochodzimy do pewnej zabawnej rzeczy – kawałkiem, który najmniej pasuje do tego wydawnictwa, który ni jak się ma do takich majstersztyków jak Brand New czy Hunter jest… Happy. On i Gush to dwa kawałków, które lubię najmniej. Happy jest znośne, ale nigdy nie pałałem miłością do niego, a Gush jest najzwyczajniej w świecie… zwyczajne. Obok arcydzieł pokroju <tu wszystkie kawałki o których pisałem wcześniej> jest zwykły i prosty.

Koniec końców, Pharrell jednak nagrał znakomity album. Wybrał również bardzo mądry i ciekawy sposób na sukces – najpierw hitowe kolaboracje, potem Happy, które niby zostało nagrane tylko do filmu, a jednak odniosło światowy sukces. I na koniec płyta – której słuchać jeszcze będziemy cały rok, bo będzie to jeden z najważniejszych albumów roku 2014. Liczący się również przy nagrodach Grammy (aczkolwiek mam nadzieję, że bez najważniejszych nagród, je zarezerwujemy dla Beyoncé).

pharrell williams g i r l 2014

Czytaj również