Zwykle to wydarzenia tworzą historię. Wielkie batalie czy zawierane traktaty opatrzone datą odstawiają na boczny tor miejsca, które w zapisie przeszłości okazują się być równie ważne. Jak stadion Wrigley w Chicago, który nie tylko na zewnętrznych murach ma wypisaną (i nieustannie dopisywaną) historię ludzi przekraczających jego granice. Takich jak formacja Pearl Jam i ich fani – jedni z głównym bohaterów filmu Let’s Play Two.
Grunge swoje szczęśliwe lata ma już za sobą. Kiedy piszę te słowa, zerkam na jedną z półek z płytami, czytam po grzbietach te najważniejsze: Pearl Jam Ten, Nirvana Nevermind, Soundgarden Superunknown, Alice in Chains Dirt. Wielka Czwórka z Seattle, a może tylko relikty przeszłości po niej. Z każdym kolejnym odejściem kogoś z wyżej wymienionego składu z impetem uderza we mnie świadomość, że pewna epoka cicho dogasa. Ich epoka – brudnego, garażowego, mocno zaangażowanego grania. Eddie Vedder w trakcie tego koncertu nie mógł wiedzieć, że na tym grunge’owym boisku rok później pozostanie już jedynym liderem.
Ale na scenie rozstawionej na stadionie Wrigley w Chicago w 2016 roku daleko mu było do jakiejkolwiek formy samotności. Cały aktualny skład formacji Pearl Jam i dziesiątki tysięcy fanów z całego świata zgromadzonych na legendarnym i wyjątkowym stadionie, bo związanym z najbliższym sercu Veddera od kilkudziesięciu lat klubem bejsbolowym Chicago Cubs. Na pierwszy rzut oka jakakolwiek próba połączenia losów Pearl Jam i tej amerykańskiej drużyny może być nie do końca oczywista. Ale to właśnie na stadionie Wrigley w Chicago w ubiegłym roku zespół Pearl Jam zakończył swoją trasę koncertową po Ameryce Północnej, a Chicago Cubs po raz pierwszy od 108 lat zwyciężyli podczas World Series.
David Clinch, reżyser tej produkcji, przeniósł całą atmosferę panującą zarówno na stadionie, jak i poza nim, na wielki ekran i ciasnym splotem złączył historie obu drużyn. Mimo, że rozdźwięk między sportem a muzyką wydaje się dość oczywisty, na Let’s Play Two jest on niedostrzegalny. „Sport jest sztuką” – tą wypowiedzią Vedder całkowicie zniwelował ten dystans, oddając miejsce emocjom. Bo to właśnie emocje – fana, kibica, sportowca, artysty – wychodzą na pierwszy plan tej produkcji. Spomiędzy znakomicie zmontowanych, płynnie następujących po sobie ujęć z koncertu formacji na Wrigley, a także jednego z koncertów grupy z 1992 roku, archiwalnych kadrów mniej i bardziej udanych meczów drużyny Chicago Cubs z ostatnich kilku dekad, zaskakujących, czasami wzruszających opowieści fanów.
Tym, którym z różnych względów nie dane było obejrzeć filmu, pozostaje równie dobrze przygotowany album koncertowy o tym samym tytule. Co prawda pozbawiony wypowiedzi oraz opowieści Veddera pomiędzy kolejnym utworami, ale mimo to doskonale oddający atmosferę panującą na Wrigley. Nie zabrakło natomiast żadnego z utworów, które pojawiły się w tym dokumencie. Przekrojowy repertuar od Alive, Black czy Jeremy z debiutanckiej płyty Pearl Jam, przez Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town z VS, aż po kompozycje z ich ostatniej płyty wydaje się być dość oczywistym, niezaskakującym wyborem, a zarazem jednak gdzieś podświadomie oczekiwanym przez fanów formacji.
O Let’s Play Two nie da się mówić w kategorii tradycyjnego wydawnictwa koncertowego. To punkt przecięcia tych samych buzujących emocji towarzyszących sportowym meczom i wielkim koncertom. Zapowiedź tego, że z równie młodzieńczą energią, zuchwałością i niegasnącą iskrą w głosie Pearl Jam zagra jeszcze nie raz (i nie dwa).


