Mówi się, że jedyną stałą w życiu są zmiany. Jak najbardziej podpisuję się pod tym zdaniem, ale inną kwestią jest to, gdzie one prowadzą. W przypadku Pawbeatsa, po bardzo dobrze przyjętej Utopii, przyszła pora na powiew świeżości w postaci Orchestry. Ale czy faktycznie można mówić o zmianie?
Odpowiedź na to pytanie jest bardziej skomplikowana niż może się wydawać. Dlatego idąc w myśl zasady brzytwy Okhama, postaram się całość maksymalnie uprościć i bez zbędnego pitu-pitu przejdę do konkretów. Jeżeli ktoś spodziewał się sequela Utopii, to musi póki co obejść się smakiem. Co prawda pewne punkty zaczepne obu projektów są wspólne, lecz ich bezpośrednie porównywanie to tak jakby porównywać kilkaset koni mechanicznych New Hollanda do kuców Bugatti Chirona – nie w tym rzecz. Odetnijmy więc pępowinę i pochylmy się stricte nad nowym dzieckiem Pawbeatsa.
Już sam tytuł sugeruje nam, że mnogość instrumentów na krążku będzie duża. Ba! Skoro planuje się płytę mając z tyłu głowy następujące po jej premierze koncerty w Filharmonii Pomorskiej, to trudno o bardziej trafnego kandydata. Z drugiej strony nie jest też tak, że utwory przepełnione są smyczkami, fortepianem i dęciakami – jest w niej tego sporo, ale przeciwwagę dla ów brzmień stanowi gitara czy elektronika. Pod względem takiej równowagi najlepiej wypada kawałek Teraz z gościnnym udziałem Kękiego, który oczarował mnie od pierwszego odsłuchu. A te elektroniczne „bzzzt” zmieniające częstotliwość wywołuje u mnie ciarki. Serio – wg mnie genialna sprawa.
W kwestii samych gościnek, to temat jest stosunkowo szeroki, a sama płyta na pewno nie może być rozpatrywana przez pryzmat krążka rapowego. W prawdzie raperów jest na niej najwięcej, ale nie można mówić tu o ich przesycie, jak to miało miejsce na Utopii. Orchestra jest bardziej otwarta pod tym względem, a najlepiej świadczy o tym numer z divą polskiej sceny muzycznej, czyli Justyną Steczkowską. Nagrany w klimacie nieco przypominającym Dumkę na Dwa Serca, kawałek Afekt jest doskonałym przykładem jak bardzo otwarta jest głowa Pawbeatsa. Swoją drogą, to ta piosenka jest także arcydziełem, a po trackliście z samymi tytułami i gośćmi, szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak genialnego wykonu.
Z innych ciekawy utworów, na plus zaliczyć należy także polsko-amerykańską kolaborację Natalii Nykiel i Mr. J. Medeirosa z kawałka Sign. Utwór jest utrzymany w bardzo minimalistycznym klimacie, przez co widać pełnię talentu wyżej wspomnianych. Tu po raz n-ty zaskakuje mnie zwłaszcza wokalistka, bo to kolejny feat, który jakością przewyższa jej solowy materiał. Być może to tylko moje zboczenie, ale nie zmienia to faktu, że współpraca udała się w 100%.
Właściwie podobne notki mógłbym napisać do każdej piosenki, bo praktycznie rzecz biorąc poza kawałkiem Refuge, który strasznie szybko mnie znudził i zniechęcił, na tej płycie przekonuje mnie wszystko. Na albumie zgadza się każda nutka, wszystko jest przemyślane i ma swoje miejsce, a do tego goście tworzą sporo wartości dodanej. W ich kwestii wspomnę jeszcze, że niemałym zaskoczeniem były dla mnie kawałki z Kalim, Tau czy VNM’em. Wiadomo – są oni szanowanymi postaciami w wielu kręgach, ale do tej pory dość rzadko potrafili mnie muzycznie do siebie zachęcić. Teraz udało im się to doskonale.
Prawdziwym papierkiem lakmusowym dla projektu okażą się daty 5 i 6 marca, kiedy to całość zostanie przeniesiona z CD do Filharmonii. Z dużym prawdopodobieństwem można spodziewać się aranży niemal 1:1, bo materiał jest o tyle zgrabnie napisany, że nie będzie wymagał wielu poprawek kompozytorskich. Niemniej rozmach, z jakim całość jest planowana, gwarantuje niezapomniane przeżycia. Co się jednak tyczy samego krążka, to znów wielkie brawa dla Pawbeatsa, gdyż to kolejne jego dzieło, którego słucha się z przyjemnością, radością i do którego z pewnością wrócę nieraz, tak samo jak często wracam do Utopii. A zatem zdrowie Marcina aka Pawła! #DajAlkohol



