Paloma Faith stawia kreskę, a raczej grubą krechę, pomiędzy poprzednią twórczością, a nową płytą The Architect, którą zwiastłoway dwa, kolejno: lekko taneczne i patetyczne single: CryBaby i Guilty. Dotychczasowa twórczość dotyczyła w głównej mierze problemów sercowych. Nowa odsłona brytyjskiej divy jest przesiąknięta sytuacją polityczną na świecie i wszechobecnie panującej niesprawiedliwości i braku równości w strukturze społecznej.
To również nie tylko zmiana w motywie przewodnim płyty, ale także lekki krok w przód i otworzenie się na bardziej współczesne i komercyjne brzmienia. Dlatego też lead singiel- CryBaby nie przypadł do gustu niektórym fanom, zwłaszcza tym najstarszym, którzy byli z Nią już przy płycie Do You Want the Truth or Something Beautiful?. Wyjście ze strefy komfortu jest zawsze wyzwaniem. I gdyby Paloma wciąż się w niej znajdowała, to na rynku muzycznym mielibyśmy drugą Adele, która stoi w miejscu i nie idzie z duchem czasu. Ma to swój urok, ale czasem warto się rozwijać i zaskakiwać nie tylko fanów, ale także siebie.
Powyższe słowa są trochę na wyrost. Ponieważ paradoksalnie Paloma zrobiła krok naprzód, ale zachowała elementy starej twórczości. Na The Architect są piosenki, które moglibyśmy umieścić na debiutanckim wydawnictwie czy jego następcy – Fall To Grace, np. Lost and Lonely i zamykające podstawową edycję Love Me As I Am. Do tego samego kotła wrzuciłbym chętnie Still Around, ale ze wzlgędu na dość otwartą warstwę muzyczną w refrenie znajduje się pomiędzy tym, co artystka tworzyła kiedyś, a co tworzy teraz. Wszystkie trzy wspomniane propozycje są piękne. Doszlifowane, perfekcyjne wokalnie i pozwalające powrócić do tych lat, w których Faith debiutowała, rozczulała i wzruszała.
I z jednej strony mamy stare, soulowe klimaty, a z drugiej zupełnie nowe, lekko discowe brzmienia, w których Paloma sprawdza się świetnie. Co nie oznacza, że wychodzi jest to zaletą jeśli patrzymy w kryterium oceny całego albumu. Słuchacz w The Architect, często niestarannie, targany jest z jednego gatunku do drugiego. Przepaść pomiędzy 'Til I’m Done a Lost and Lonely jest ogromna i te dwa, skrajnie utwory nie powinny znaleźć się obok siebie.
Hold up my hands, I swear we’re in World War 3
There ain’t no peace left here between you and me
These bombs keep blowing when no one’s watching
And through my tears I look to the sky and scream
Wspomniane, taneczne klimaty przejawiają się pod postacią Kings and Queen – utworu o byłym chłopaku Palomy, który został aresztowany przez rasistowską policję, we wspomnianym wyżej ’Til I’m Done i Power to the Peaceful, które zaliczyć należy do najsłabszych utworów na albumie. Tej kompozycji wyraźnie czegoś brakuje. Jakiegoś mocnego pazura, krzyku. Czegokolwiek. Ta piosenka po prostu płynie przez 3 minuty i ginie. Ginie wśród tłumu wyraźnych i charakternych propozycji.
Chciałbym też się rozpisać się w kwestii wokalu, jak to zwykłem robić, ale tutaj, niezmiennie od pierwszej płyty nie ma co dyskutować. Paloma jest jednym z największych objawień wokalnych XXI wieku. I to nie podlega jakimkolwiek dewagacjom.
The Architect zaskoczyło mnie pod wieloma względami, ale jeden aspekt wywarł na mnie największe wrażenie. Patetyczność, którą dostawaliśmy zdawkowo na ostatnich płytach, tutaj przemówiła niezwykle wyraźnie już w samej zapowiedzi albumu – Guilty, ale również w Surrender (który po prostu musi być kolejnym singelm) i Warrior napisanym przez Się. I tak rozmarzyłem się, na myśl gdyby kolejna płyta w dyskografii Faith została nagrana w akompaniamencie filharmonii czy orkiestry smyczkowej. To byłoby coś. Serio.
I o ile ta płyta bardzo dobra w kawałkach, to w całości jest po prostu dobrze. Spójność można upatrywać tu jedynie w pięknej tematyce, gdzie każda piosenka dotyczy innego problemu XXI w. Teksty są pacyfistyczne, ale momentami też wojownicze i pełne smutku. Dość trudno ocenić całe wydawnictwo. To najprawdopodobniej jeden z najbardziej problematycznych albumów 2017 roku. The Architect jest dość bezpieczną płytą, w której brytyjska diva bała się zrobić wielki krok i porzucić przeszłość, a co za tym idzie – zrobiła kroczek w kwestii brzmieniowej, ale także zostawiła sobie otwartą furtkę do przeszłości, gdzie królował soul. To opuszczenie strefy komfortu, o której wspomniałem na początku, jest połowiczne i nie wyszło jej najlepiej.


Bardzo byłem ciekaw tej płyty. Przesłuchałem i omal nie zasnąłem :(
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.