Poznaliśmy kolejnych wykonawców, którzy pojawią się na tegorocznym Open’er Festivalu.
Lista artystów, którzy wystąpią na tegorocznej edycji festiwalu Open’er powoli się zapełnia. Wśród dotychczas ogłoszonych gwiazd znaleźli się m.in. Lizzo, Arctic Monkeys, Lil Nas X czy Kendrick Lamar. W środę, 5 kwietnia poznaliśmy kolejnych artystów, którzy wystąpią przed festiwalową publicznością. Mamy świetną wiadomość dla fanów Solány Imani Rowe, znanej wszystkim jako SZA. Artystka wystąpi 29 czerwca na Orange Main Stage.
SZA to amerykańska wokalistka wykonująca muzykę z pogranicza R&B, neo soul i hip-hopu. Ma na swoim koncie takie hity jak Kill Bill, The Weekend, Good Days czy Hit Different.
To jednak nie koniec informacji! Do line-upu dołączył również islandzki zespół indie rockowy Kaleo, który znany jest między innymi z hitu Way Down We Go.
W Gdyni usłyszymy również PINKPANTHERESS, czyli uznawaną za muzyczne objawienie ostatnich 2 lat artystkę pochodzącą z Wielkiej Brytanii, która ma na swoim koncie hit Boy’s a Liar PT.2.
Artyści połączyli siły i stworzyli kolejną zapowiedź drugiego albumu post-punkowego zespołu. Poznajcie datę premiery utworu Szminki.
Grupa Noże zadebiutowała w czerwcu 2019 roku prezentując singiel Złe Wychowanie, natomiast w październiku tego samego roku ukazał się ich pierwszy album o tytule Gniew. Od tamtego czasu zespół stale pracuje nad swoim drugim krążkiem, w listopadzie 2022 roku poznaliśmy jego pierwszą zapowiedź w postaci utworu Heliocentryzm.
Natomiast 11 kwietnia ukaże drugi singiel zwiastujący nowe wydawnictwo Noży, utwór Szminki powstał we współpracy z Ofelią. Kawałek został rozszerzony o teledysk, który został stworzony na Śląsku i opowiada o uciekającej pannie młodej. Za klip odpowiedzialny jest Marian Budzyński.
Najnowszy kawałek Olivera Heldensa i Kylie Minogue już w sieci! Posłuchajcie 10 Out Of 10!
Kylie Minogue od lat nie daje o sobie zapomnieć. Artystka zaczęła swoją muzyczną karierę w 1987 roku, kiedy to podpisała kontrakt z wytwórnią Mushroom Records i wydała singiel The Locomotion, który podbił australijskie listy przebojów. Jej kolejny utwór I Should Be So Lucky został napisany w Anglii i w 1988 roku zajął pierwsze miejsce w rocznym podsumowaniu UK Singles Chart, jako najlepiej sprzedający się singiel. Debiutancki krążek wokalistki, zatytułowany Kylie, ukazał się zaledwie kilka miesięcy później i był furtką do jej międzynarodowej kariery.
Od tamtej pory Kylie Minogue wydała w sumie 15 albumów, z czego najnowszy, Disco, miał premierę w 2020 roku. Teraz, piosenkarka prezentuje nową muzykę, którą stworzyła z jednym z najpopularniejszych DJów na świecie, Oliverem Heldensem. Ci, którzy nie mogli się doczekać, mieli okazję posłuchać fragmentu utworu, który twórcy opublikowali w social mediach. Numer 10 Out Of 10 jest już jednak dostępny we wszystkich serwisach streamingowych. Koniecznie sprawdźcie!
Czy to ptak? Czy to samolot? Nie! To tylko Melanie Martinez oraz jej zupełnie nowa inkarnacja, dosłownie. Oto pozaziemska istota elficko-wróźkowa, której światem są nuty trzeciego studyjnego albumu Martinez zatytułowanego Portals. Co się kryje za tym niecodziennym alter ego? Doprawdy wiele, choć nie jestem pewien czy na jego korzyść.
Melanie Martinez darzę ogromnym szacunkiem, ale i równie dużą sympatią – spokojnie mogę określić się jako fan jej twórczości. Crybaby, a tym bardziej K-12, należą w moim mniemaniu do współczesnych klasyków, które pokazały, że można tworzyć coś alternatywnego w sferze popu, jednocześnie odnosząc komercyjny sukces. Jednak zdaje się to być zamkniętym rozdziałem dla samej Martinez, co w sumie jest całkiem zrozumiałe. Nie można w końcu tkwić w tej samej artystycznej personie przez całą swoją karierę, prawda? Dlatego podchodząc do recenzji Portals doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie będzie to dzieło szczególnie dla mnie. Liczyłem jednak, że chociaż jakość tego albumu będzie taka, jak zwykle…
Odnoszę wrażenie, że Portals nie powstał z myślą o fanach i publiczności, wręcz przeciwnie, Melanie Martinez intencjonalnie stworzyła go przede wszystkim dla siebie samej. To oczywiste, że nie ma w tym nic złego. Co jednak w sytuacji, gdy chęć oderwania się od swojego wizerunku prowadzi do pozbawienia uniwersalności swoich nowych kompozycji? W głównej mierze Portals to zbiór przemyśleń jego autorki o dojrzewaniu w świetle reflektorów, postmodernistycznej rzeczywistości, ale przede wszystkim swojej kobiecości. Martinez nie jest już tą dziewczyneczką, która ubiera ekstrawaganckie kreacje i ma dziwne tatuaże. Stała się kobietą, której sława raczej przeszkadza, a w jej blasku musi radzić sobie ze swoją płciowością oraz jej naturalnymi następstwami. Tym sposobem Melanie uczyniła się tą różową istotą, żeby dobitnie oddzielić swoją sceniczną personę od życia prywatnego. Ruch godny pochwały i eksplorowania powodów jego wykonania, niemniej w obliczu całej reszty wydaje się daniem głównym, zamiast jednym z wielu dań tej muzycznej uczty.
Choć Portals to ostatnia część trylogii związanej z postacią Crybaby, niestety nie potrafię nazwać go zakończeniem epickim. Niezależnie od jakiej strony chciałbym opisać ten album, za każdym razem przychodzą mi na język te same słowa – „czegoś mi tu brakuje”. Nawet pomimo wielokrotnego osłuchania się z nim i zrozumienia pewnych artystycznych decyzji, czuję się po prostu zawiedziony. Melanie Martinez stanęła w rozkroku miedzy swoim unikatowym spojrzeniem na electro pop, a czymś co nazwałbym mariażem punk popu à la Avril Lavigne i melancholijnego rocka à la Lana Del Rey. Jasne, to mogłoby się udać, tyle, że Martinez chyba nie chciała robić kolejnego prostego i przyjemnego dla ucha albumu.
Portals absolutnie nie próbuje ukrywać trudnych treści za mniej lub bardziej radosnymi melodiami. Martinez wprost mówi jak jest – kiedy jest jej smutno, melodia również będzie smutna, kiedy jest trochę lepiej, melodia będzie temu wtórować. Nie dziwie się zatem fanom Melanie, którzy dość szybko podzielili się dwa skrajne obozy, gdzie ten pierwszy określa album jako dzieło absolutne, oraz drugi, który tej opinii nie podziela. Tak, to nie jest album dla mnie, jednak chciałbym, żeby chociaż jego słuchanie sprawiało mi przyjemność, a również i to nie było wcale łatwe.
Produkcja Portalsnie dorasta do pięt poprzednim dziełom Martinez, co w zasadzie jest dla mnie najbardziej rozczarowującym aspektem tego albumu. Nie dość, że brakuje niektórym piosenkom energii czy jakiś małych smaczków, tak większość z nich brzmi jakby została nagrywana pośród bliżej nieokreślonej mgły. Tyczy się to przede wszystkim tych piosenek, których głównym motywem jest gitara. Również głos samej Melanie miejscami bywa tak przetworzony, ze trudno mi powiedzieć, czy to kwestia lenistwa i nieczystości głosu w surowych nagraniach, czy przesada w nałożonych efektach. Nie jestem wstanie powiedzieć co się stało, ale nie działa to na korzyść tego, co by nie mówić, ciekawego krążka. Do gruntownej zmiany są piosenki Evil, Light Shower oraz Battle Of The Larynx, których naprawdę przykro mi było słuchać, znając dotychczasowe piosenki Melanie Martinez.
Choć bez szczególnego entuzjazmu, powiem o tym, co mi się spodobało w związku z tym albumem. Uwielbiam singlowy Death – idealnie rozpoczęcie całego Portals, zdecydowanie umiejętnie bawiąc się rockowym brzmieniem, nie odżegnując się od tego, co Melanie wychodziło do tej pory najlepiej. Ciekawym zdaje się również Nymphology, przywodząc na myśl twórczość MM z czasówCrybaby, z kolejnym eksperymentem na zakończenie. W podobnym klimacie utrzymany jest Spider Web, opowiadając o jak nie warto spędzać swojego czasu w sieci internetowych rozpraszaczy. Leeches natomiast jest niemalże rozpaczliwą pieśnią o tym, jak ludzie potrafią siebie nawzajem wykorzystywać. Nie jestem pewien o czym jest The Contortionist, ale fajnie wykorzystuje efekt łamanych kości jako element refrenu – tak dla poprawy humoru.
Portals to tyle same dobroci, co przeciętności i nieudanych eksperymentów. Nie wątpię w talent Melanie Martinez jednak tym razem muszę powiedzieć, że nie wszystko się udało, a nawet udało się mniej, jak więcej. Mimo to z wypiekami na twarzy obejrzę towarzyszący albumowi film, który ma mieć premierę w przyszłym roku. Może do tego czasu i dla mnie Portals stanie się wyjątkowym muzycznym doświadczeniem. Kto wie…