Pablopavo i Ludziki – Polor (2014) – recenzja Kamila Gajdka

Lubię to! I cieszę się, że niektórzy muzycy z naszego rodzimego kraju potrafią być tak różni. Fisz odmienia się przez wiele przypadków, ostatnio zaskoczył Jamal, Pablopavo już pierwszą płytą z Ludzikami pokazał, że gatunek muzyczny nie jest tylko jeden (reggae), ale można kombinować na tyle sposobów, na ile otwartość umysłu pozwoli. Szczerze? Nigdy nie lubiłem Vavamuffin.

Dlaczego? Może dlatego, że w porównaniu z treściami jakie serwuje Pablopavo na projektach sygnowanych swoim pseudonimem, Vavamuffin brzmi banalnie. Polor – bo tak się nazywa nowy album warszawskiego muzyka – właściwie nie zaskakuje, ale trzyma poziom poprzedniej płyty z Ludzikami (10 piosenek). Tym razem otrzymujemy w zestawie piosenek dwanaście i wystarczy 30 sekund utworu otwierającego album, żeby poczuć zapach i klimat opowieści snutych przez Pablopavo. Można zarzucić mu wiele rzeczy, że melodeklamuje, że może zawsze brzmi tak samo, ale jedno jest niezmienne… Pablo jest genialnym tekściarzem. Mnie osobiście przypomina to klimat powojennej Warszawy, trochę jakby to były opowiadania Marka Hłaski, trochę Stachura, równie dobrze płyta mogłaby być doskonałym soundtrackiem dla powieści Łukasza Orbitowskiego. Mamy tutaj historie nieszczęśliwych miłości, brudne kamienice, oddechy w których czujemy mocny alkohol, śmierć, rozstania, ale i małe przyjemności bo przecież kwiecień niesie wiosnę, a słowa miłości w dancingowej piosence brzmią dużo prawdziwej niż refreny z powtarzanym do znudzenia słowem love. Pablo przenosi się nas w swój świat. Prosty, zwyczajny, dotyczący raczej mieszkańców odrapanych kamienic niż apartamentowców z barkiem o wartości 4 tysiące złotych. Ważne! Nie brzmią te teksty banalnie. To nie są opowieści z bloków, o tym jak jest ciężko, to specyficzna poezja pisana prozą. Mam z tą płytą problem taki, że zachwyciła mnie ona za pierwszym przesłuchaniem, a za drugim znałem już wszystkie historie, i to trochę tak jak wielokrotne czytanie jednego opowiadania. Jednak z niektórymi z tych opowiadań się szybko nie rozstanę. Ulubione wymienię jednym tchem: Wenecja, Eleganccy pesymiści, Koty no i Mikołaj…

dwa dni do gwiazdki i ileś milionów lat słonecznych
żywot mikołaja jest brudny i stateczny
zamiast worka pcha przed sobą dziecięcy wózek
kłąb pary z ust zamiast elfów i wróżek

http://www.youtube.com/watch?v=lLUvnmTZLBw

Pablo snuje opowieści nieco depresyjne, ale robi w to piękny, niepowtarzalny sposób. Muzycznie to jest taki synkretyzm, że gdybym pracował w sklepie muzycznym to chyba bym zadzwonił do managera by zapytać na jaką to półkę powinno iść. To taki mocno procentowy drink z poezji śpiewanej, reggae, jazzu, popu, rocka. Wybuchowy koktajl co to nie zostawia kaca. Przecież o takim każdy marzy prawda?

Wenecja jest depresyjną opowieścią o ładnym jazzowym brzmieniu, Piątek brzmi bluesowo i gdybym nie wiedział, że to członek Vavamuffin jest wykonawcą to bym powiedział: Dobry ten Maleńczuk. Koty za to wiem, że będą przeze mnie słuchane nałogowo gdy nadejdzie wiosna. Jedynym utworem, który mnie męczy jest Bulaj, ale to chyba dlatego, że brzmi właśnie jak Vavamuffin. Właściwie tą płytę polecam wszystkim miłośnikom dobrych tekstów o niedobrym życiu. Wszystkim którzy lubią proste historię opowiedziane w skomplikowany sposób. Wszystkim, którzy lubią narrację przypominającą rapera Sokoła, jednak bardziej ambitną i bardziej bawiącą się słowem. Uwielbiam historię Toma Waitsa. Myślę, że Pablopavo z Ludzikami też.
p.s.
Panowie, zaśpiewajcie Dancingową piosenkę o miłości swoim lubym na walentynki. Przypuszczam, że podziała.

Pablopavo i Ludziki - Polor

Czytaj również