W ubiegły czwartek na deskach toruńskiego Lizard Kingu wystąpił Organek. Nasza redakcja wybrała się na ten koncert. Przeczytajcie krótką relację i obejrzyjcie zdjęcia autorstwa Jakuba Molina.
Organek dobrze znany jest toruńskiej publiczności. Występuje tu dość często i jak sam artysta zauważa, wciąż na jego koncerty przychodzą tu tłumy. Zanim jednak wkroczył na scenę w ramach supportu wystąpiła niejaka The Pau. Wokalistka i gitarzystka okazała się całkowitym freakiem. Mocne, konkretne granie było jednak zbyt hałaśliwe i chaotyczne. Nie przekonała mnie do swojej muzyki, słowa które śpiewała (choć częściej melorecytowała i wykrzykiwała) były dla mnie całkowicie nie zrozumiałe. Zwyczajny przerost treści nad formą… Musi jeszcze popracować nad wyrażeniem siebie i swojej energii.
Całkowite odmienne zdanie mam co do Organka. Uważam, że jest to artysta, który umie wyrazić siebie przez własną muzykę i robi to dość perfekcyjnie. Już samo mówione wprowadzenie w formie inwokacji klimatycznie wprowadziło mnie w koncert. Świetny pomysł na zaciekawienie publiczności własną osobą i sprawienie, że słuchacz czeka na więcej. Dalej było tylko lepiej. Za sprawą takich utworów jak Nazywam się Organek czy Dziewczyna Śmierć pokazał w czym się specjalizuje. Jego domeną jest niezwykła energia, świetna gra na gitarze no i oczywiście urok osobisty, którego nie można mu odmówić. Świetnie komponują się do tego bardzo zadziorne teksty i gitarowe riffy.
Potwierdzeniem jego talentu są także kompozycje, które rozpoczyna bardzo spokojnie, grając wręcz solowo. Dalsze dźwięki jednak pokazują, że ta muzyka to kompletny czad, często stawiający na improwizację i specjalnie przygotowane wydłużenia. Nie zabrakło oczywiście uwielbianych przez fanów kompozycji takich jak Kate Moss, Nie Lubię (Mizantropia) czy Głupi Ja.
Niezwykłym momentem była dla mnie kompozycja Ta nasza młodość, będąca jakby pomostem między artystą a słuchaczami. Niezwykła aranżacja zahipnotyzowała mnie i stałem wpatrzony jak w obrazek. Miłe było, gdy Organek oddał nam mikrofon i to my mieliśmy śpiewać kolejne wersy refrenu. Niby nic takiego, a łączy.
I choć wokalista wydaje się często nieposkromiony i pewny siebie, bije z niego wielka moc sympatii i nader skromności. Życzyłbym sobie więcej takich polskich artystów i koncertów, które są autentyczne i pozbawione sztuczności. Takich, na które po prostu chce się pójść i w pełni wysłuchać tupiąc nóżką.


























