Największym minusem festiwalów jest to, że kiedyś muszą się zakończyć. Tak i było w przypadku Orange Warsaw Festival. Po niezłym drugim dniu, nastał równie ciekawy trzeci. Przeczytajcie nasze wrażenia, jak i ogólną ocenę festiwalu w naszym mniemaniu.
Festiwalowe zmagania rozpoczęliśmy z Kadebostany. To chyba największe dla mnie zaskoczenie tegorocznego Orange Warsaw Festival, biorąc pod uwagę, że w ogóle nie kojarzyłem tego zespołu. Cóż to był za występ! Producent Kadebostany nie siedział tylko za konsolą, ruszał się, gestykulował, wychodził do publiczności i zachęcał do wiwatowania. Jeszcze lepsza była wokalistka Amina, która i pięknie śpiewała, i potrafiła rapować zwrotki, a gdyby tego jeszcze było nam mało – skakała, tańczyła i ruszała się w rytm energicznej muzyki. Ogólnemu wizerunkowi pomogły tez instrumenty – gitara, saksofon i puzon – brzmiały nieziemsko. Żałuję, że nie mogłem zostać na całości.
Benjamin Clementine to kolejny wokalista, na którego bardzo czekałem. Jego płyta to coś nowego na rynku muzycznym, osadzona w spokojnej i emocjonalnej stronie wokalisty. Skupiony, praktycznie cały występ przesiedział śpiewając i grając przy fortepianie. A brzmiał magicznie, jakby wyjęty z innej epoki. W skromnym garniturze i na boso, oddawał się cały muzyce. Emocje przewijały się tu bez miary, a jego głos brzmiał krystalicznie bezbłędnie. W ramach ciekawostki mogę zdradzić, że podczas koncertu zespołu Muse, Benjamin stał tuż za mną i razem oglądaliśmy ten spektakl.
Wspierając młode polskie zespoły, wybraliśmy się także na fragment koncertu projektu Bokka. Wciąż nie wiemy kim są, wciąż grają świetną muzykę i wciąż warto ich słuchać. To zdecydowanie najbardziej tajemniczy zespół w całej historii polskiej muzyki. Chciałbym, aby pozostało tak już do końca, ta doza tajemniczości tylko nas do nich zachęca. Trzeci koncert w Polsce zagrali również Metronomy i trzeba przyznać, że fanów tego zespołu w Polsce mamy sporo. Już od pierwszych utworów wiedziałem, że to będzie udany koncert. Było energicznie, dużo osób koło mnie stojących znało wszystkie teksty piosenek na pamięć. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się multiinstrumentalista i wokalista Joseph Mount oraz czarnoskóry gitarzysta – to oni są trzonem tego zespołu. Wizytówką bandu jest jednak perkusistka Anna Prior. Mam jednak wrażenie, że utwór śpiewany przez nią solowo, nie brzmiał jak brzmieć powinien i nie uzyskał tego blasku.
Udało nam się także pójść na fragment koncertu Marii Peszek. To wokalistka bezkompromisowa, nie robiąca mainstreamowej otoczki. Na jej koncercie nikt nie stoi spokojnie. Tu się skacze, tu się śpiewa, krzyczy, depcze w miejscu. Każdy jej koncert ma sens i nikt nie może czuć się znudzony obecnością na nim. Pewnie zostalibyśmy na nim do końca, ale… czas na Bastille. Rok temu na Open’erze zmuszony byłem wrócić wcześniej niż oczekiwałem i nie uczestniczyłem w ich koncercie. Tym razem jednak zostałem do końca i było warto. Zespół odegrał swoje największe przeboje i zagrał kilka nowych. Zabrzmiały takie utwory jak Laura Palmer, Pompeii czy Things We Lost in Fire. Wokalistka kilkukrotnie schodził ze sceny, odebrał polską flagę od fanów czy wszedł na podwyższenie, na którym stali operatorzy kamer. Jestem pewny, że kolejne koncerty w naszym kraju tego zespołu, przyciągną jeszcze więcej fanów.
Po Bastille, szybko zjawiliśmy się na hardcorowym jak dla mnie zespole Asking Alexandria. To zdecydowanie muzyczne doznania dla wytrwałych, a ja sam pojawiłem się tam tylko z czystej ciekawości. Efekt tego taki, że wytrzymałem zaledwie trzy piosenki. Mocna muzyka połączona z rykiem wokalisty, to zdecydowanie coś nie dla mnie. Widocznie taki rodzaj muzyki ma wiele sympatyków, pod pod sceną pojawiły się tłumy. Bardzo dużo osób pojawiło się także na zespole Incubus. Po blisko 25. latach wspólnego grania, zespół pojawił się po raz pierwszy w naszym kraju. Zawiedzeni mogą być Ci, którzy spodziewali się największych przebojów zespołu. Band prezentował głównie nowsze kompozycje, które przeplatał niewieloma starszymi. Całość wypadła jednak bardzo obiecująco i cieszę się, że zespół uraczył nas koncertem w naszym kraju.
Mocniejsze granie reprezentował tez zespół Parkway Drive, zdążyliśmy jednak na zaledwie kilka piosenek. Wszyscy jednak z niecierpliwością czekali na występ głównej gwiazdy festiwalu i (jedynego?) headlinera jakim było Muse. Przyciągnął on zdecydowanie największa ilość fanów, co było widać daleko poza sceną. Ciężko było się gdziekolwiek przecisnąć, nie mówiąc już o byciu przy samej scenie. I tak powinny wyglądać wszystkie koncerty na Orange Warsaw Festival. Od pierwszej piosenki z nowej płyty, Psycho, był to mega energiczny koncert. Intro tej piosenki jest świetne, a frazę „Aye, sir!” śpiewali chyba wszyscy. Po każdej z piosenek słychać było wręcz histeryczne krzyki i gromkie brawa. Panowie najnowsze piosenki z płyty Drones, przeplatali starszymi. W każdej czuć było rockową energię, a gitarowe riffy powalały nas na kolana. To był zdecydowanie najlepszy koncert tego wieczoru, jak i nie całego festiwalu.
Pomimo niezachwycającego nikogo line-upu, festiwal trzeba uznać za dość udany. Zdecydowanie najmocniejsze według mnie były drugi i trzeci dzień festiwalowy. To w nich wystąpiły gwiazdy, na których koncerty czekałem. Jeśli ktoś wstrzymał się z kupnem karnetu i nabył go w cenie 220 zł to na pewno nie były to pieniądze wydane na marne. Inną sprawą jest, że wcześniej kosztowały więcej, co nie jest fair wobec stałych fanów festiwalu. Nie chcę jednak w to wnikać, bo wszyscy dobrze znamy tę sytuację. Na plus zasługuje nowa lokalizacja. Jak wcześniej wspomniałem jest to dość spory i przestronny teren, a dojście do poszczególnych scen zajmowało 3-4 minuty. Co prawda mógłby być większy, bo wszystko jest trochę ściśnięte, ale jest to teren na typowy festiwal. Można było dobrze zjeść dzięki wielu foodtruckom, wypić, pobawić się. Z czysto dziennikarskiego punktu dziękujemy natomiast organizatorom za współpracę i miłą opiekę. Miło było spędzać czas w namiocie dla mediów wśród tylu kompetentnych i pracowitych ludzi. To dzięki Wam współpraca była dla nas niesamowitą przyjemnością!
Orange Warsaw Festival nadszarpnął trochę opinię wielu sympatyków muzyki. W moim mniemaniu nie należy jednak go skreślać. Myślę, że organizatorzy wyciągną potrzebne wnioski i za rok przyciągną jeszcze większą ilość festiwalomaniaków.















































































































