
Ten festiwal rzeczywiście był niepodobny do swoich poprzednich edycji. Z racji postpandemicznej rzeczywistości musiał sprostać wielu niespodziewanym sytuacjom i akcjom, a tych nie brakowało. Już na wstępie budżet, który rok rocznie dawało miasto Gdynia został obcięty z powodu pandemicznego kryzysu, a to nie tylko on dawał o sobie poznać. Nigdy chyba nie było takiego problemu z lotami gwiazd na festiwal. Z powodu kryzysu w branży lotniczej każdy występ był wielką niewiadomą. Ba! Kilka dni wcześniej na festiwal w Szwecji nie zdążyli przylecieć sami The Killers. U nas na szczęście odbyło się bez większych problemów, bo większość gwiazd zjawiła się w Gdyni. Z drugiej jednak strony jeden z festiwalowych dni popsuła pogoda i ewakuacja zarządzona przez organizatorów. Jedna z największych w ciągu kilkunastu latach. To ona spowodowała, że odwołane zostały występy Duy Lipy (numer jeden na liście koncertów tego dnia), Megan Thee Stallion czy Michaela Kiwanuki. Przesunięte natomiast koncerty Martina Garrixa czy Sky Ferreiry. Osobiście już nie wróciłem tego wieczora na pole koncertowe, przesiąknięty i mokry po kilkumetrowym spacerku w stronę centrum Gdyni. Choć wielkie echo związane z pandemią za nami, to łapie ono jeszcze swoje żniwo, jak w przypadku odwołanego występu The Chemical Brothers. Wielka szkoda…
Czy ta edycja przejdzie do historii? Zapewne głównie z powodu ewakuacji, a nie nadzwyczajnego line-up’u. Trzeba jednak przyznać, że kilka z nich będę pamiętał na długo i zapewne będę sobie o nich przypominał nagranymi mini relacjami. Z festiwalu na pewno zapamiętam koncert Tove Lo i jej wielkie hitowe widowisko, gdyż praktycznie cały set wypełniony był jej największymi przebojami od Disco Tits i Habits po nowsze How Long czy No One DiesFrom Love. Ani na chwilę nie zwalniając tempa, podkręcała atmosferę seksownymi i niczym nie skrępowanymi ruchami. Momentami wyraźnie można było u niej wyczuć zaskoczenie, że gdyńska publiczność znała na pamięć każdą jej piosenkę i śpiewała razem z nią. Już wkrótce zobaczymy ją na solowym koncercie, a sold out jest więcej niż pewny.
Zdecydowanie na liście moich TOP 3 koncertów tego festiwalu była Jessie Ware i jej świetne dyskotekowe What’s You’re Pleasure. Szkoda tylko, że organizatorzy nie przemyśleli swojej decyzji i na siłę wstawili ją na Main Stage, który niestety popsuł cały klimat jej świetnego show. Ostre słońce przeszkodziło w odczuwaniu jej występu… Z drugiej strony Jessie i jej tancerze – chórzyści dali z siebie wszystko. Materiał z tej płyty jest wręcz stworzony do zabawy i radości, a także do uszczęśliwiania słuchacza. Trudno przy niej stać w miejscu i nie tańczyć. Od pierwszej minuty dałem się porwać do tanecznego kręgu stworzonego z jej słuchaczy. Cieszę się również, że Jessie wróciła do Polski na wielki festiwal i otworzyła się na nowych słuchaczy.
Z polskiego podwórka na szczególne słowa uznania zasługuje wielkie show Ralpha, który polubił swoje imię Rafał, Kaminskiego (ba! wiemy nawet że nie Kamińskiego). To chyba jedyny polski artysta, którego każda kolejna płyta i koncerty to osobny byt i koncepcyjność. To osoba, która specjalnie przygotowuje show i image pod wydany album. Tym razem Ralph zaprosił nas na swój bal, w którym zaprezentował wszystkie utwory z nadchodzącego albumu. Płyty, która ukaże się pod koniec lata, ale o której już szeroko mówi się, że może wiele zawojować na polskim rynku muzycznym. Co w niej jest tak niezwykłego? Dla jednych będą to świetne muzyczne bity i aranżacje, a dla drugich proste, ale wnikliwe teksty. Wszystko to łączy się w wybuchową mieszankę, której Creme de la Creme był cover piosenki Ireny Santor. Przepiękny!
Na duże słowa uznania może także zasłużyć Natalia Szroeder, której nie ukrywam – nie byłem kiedyś wielkiem fanem. Z nową płytą wstąpiła w nią jakby nowa energia i charyzma, którą zacząłem wielbić. Bardzo się cieszę, że w końcu dano jej szansę wystąpić na tym festiwalu, a sama odwdzięczyła się swoim słuchaczom wieloma niespodziankami. Na scenę gościnnie zaprosiła Darię Zawiałow, Vito Bambino i swojego chłopaka Quebonafide, a spod sceny puszczano bańki wodne. Myślę, że jeszcze kilka lat, a będzie gotowa na główne sceny – trzymam za nią kciuki.
Każdy festiwal to dla mnie poszukiwanie nowego i nieznanego. W tym roku zdecydowanie moim największym odkryciem była Yola i jej niebański głos. Ktoś by pomyślał – kolejna soulowa wokalistka jakich wiele, z repertuarem jakich wiele. A jednak! Yola ma naprawdę wyjątkowy i głęboki wokal, którym czaruje po wielu rejestrach, śpiewając niezwykle czysto. Na uwagę zasługuje także jej świetny kontakt z publicznością, którą raduje opowiastkami i żartami ze swojego życia. Cieszę się, że organizatorzy zaprosili ją do naszego kraju, bo zapewne na solowy koncert nie mielibyśmy na co liczyć. Polubiłem się także z Twenty One Pilots, którzy naprawdę szczerze mnie zaskoczyli. Nie byłem fanem Stressed Out, które rzutowało u mnie na ich twórczość. Na scenie pokazali się z jak najlepszej, ale również bardzo zróżnicowanej, stronie. Pokazali swój koloryt dżwięków, a i zaskoczyli polską publiczność grając fragment piosenki Grechuty. To dowodzi że zespół nie przyjechał po prostu na swój kolejny koncert, ale chciał również wnieść od siebie coś nowego dla polskiej publiczności.
Można nie lubić Imagine Dragons, ale nie można im odmówić charyzmy i pobudzenia tysięcy gdyńskiej publiczności. Choć według mnie śpiewają wiele podobnych do siebie utworów, to wiele z nich stało się już kultowych, jak Radioactive, Thunder czy Bones. To one tworzą wielkie koncertowe show, na których czele stoi Dan Reynolds. Charyzmy i wielkiego rockowego show nie można też odmówić włoskiej kapeli Maneskin, którzy szturmem podbili dziesiątki zagranicznych rynków. To był zdecydowanie koncert na który czekało wielu, w tym i ja. Byłem ciekawy czy wielki eurowizyjny szum to tylko magia czy umiejętnie skorzystali z danej im szansy. Nie mam wątpliwości jednak, że przed nimi wielka kariera, a ich koncerty będą przechodzić do historii. Mam jednak wielką nadzieję, że nie zapomną o swoich korzeniach i że nie do końca dadzą się omotać komercyjnemu światu.
W mojej relacji było wiele narzekania, ale taki już jestem. Lubię się czepiać i dzięki temu czerpię kolejne siły na nowe koncerty. Od artystów wymagam wiele, bo chciałbym aby ciągle mnie zaskakiwali. Jednym się udaje, drugim nie. Niektórym daję kolejną szansę i mnie do siebie zachęcają, do innych już nie wracam. Pamiętajmy jednak jedno, że w świecie muzyki znajdzie się miejsce dla każdego. Dla mnie i dla Ciebie!
Jedno jest pewne – Open’er Festival cieszę się, że wróciliście i zdecydowanie do zobaczenia za rok!
Zdjęcia Doroty Kutnik
































































































































































































































































