Wczoraj swoje 69. urodziny obchodził David Bowie – wokalista słynny ze swoich skrajnych opinii, mistrz charakteryzacji i przede wszystkim świetny muzyk. Jednocześnie na rynku ukazała się jego nowa płyta, która już teraz wzbudza wiele emocji! Bowie nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa.
David Bowie to wokalista bardzo płodny. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat zdążył wydać, aż 28 studyjnych albumów, które promowane były mnóstwem singli. Zaznaczmy, że każda z jego płyt okazała się mniejszym lub większym sukcesem. Żadna z nich natomiast nie okazała się natomiast ani komercyjną klapą, ani też nie była zbytnio krytykowana przez ówczesnych znawców muzyki. Dodatkowo wystąpił w kilkunastu filmach, które też sprawiły, że jego popularność wciąż wzrastała.
Na czym więc polega jego fenomen? To pytanie zadaje sobie chyba każdy wielbiciel wokalisty. Zacznijmy jednak od jego muzyki. Bowie na przestrzeni dekad w których nagrywał, wciąż zmieniał swój podgląd na muzykę. W latach 70. miał głośny romans z funkiem i soulem, w latach 80. stawiał głownie na pop i new wave, a w latach 90. próbował oswoić się z wizją elektroniki. Wszystko to jednak było doskonale zaplanowane, aby stworzyć wizję muzyki, która mimo swoich unowocześnień i świeżości, pozostawać będzie spójna z tym, co się w muzyce wydarzyło w ostatnich latach, a także tym, co może się wydarzyć w przyszłości. Nie był on odosobniony. Warto tu na przykład wspomnieć Madonnę, która również poruszała się po wielu stylistykach i w wielu z nich z powodzeniem się odnalazła. Fenomen jednak tkwi w szczególe. Bowie nikogo nie udaje. Po ponad 50. latach na scenie można o nim śmiało powiedzieć – gwiazda z wysokiej półki. A gwiazdą był już przecież kilka dekad temu i miano to podtrzymuje się wciąż z niesłabnącą siłą. A Madonna? Niby wciąż posiada miano Królowej Popu, ale widać, że jej popularność wciąż słabnie, a jej muzyka nie uzyskuje już takiego rozgłosu. Wciąż próbuje być nastolatką, mimo że w dowodzie tożsamości ma 50-tkę na karku. No właśnie.
David Bowie to outsider. Z jednej strony nieobce mu było bogactwo – jeździł najbardziej wypasionymi samochodami tamtych lat, odwiedzał najsłynniejsze kluby, wyznał nawet że jest gejem – co w tamtych czasach było głośnym manifestem. Z drugiej strony trzymał jednak dystans. W kontakcie z mediami wykazywał się często inteligencją, a zakłopotani dziennikarze nie wiedzieli co nawet w takich sytuacjach odpowiedzieć. To on wyznaczał sobie kolejne granice i to on odpowiedzialny był za swój własny wizerunek. Kameleon sceniczny – tak mówiło by się o nim w naszych czasach. Eksperymentował, nieobce mu były używki, które często stosował. Nałóg doprowadzał go do skrajności – ale czego moglibyśmy spodziewać się po gwiazdorze?
Moim celem nie jest jednak opowiadanie całej jego historii, bo tego możecie dowiedzieć się z wielu innych metod przekazu. Wszak ukazało się o nim kilka książek, które mniej lub bardziej opisują jego świat, a i w sieci znajdziecie mnóstwo artykułów pokazujących to, co w nim najlepsze. Zatrzymajmy się jednak na roku 2003. Muzyk wydaje wtedy głośną płytę Reality, którą konfrontuje z wielką trasa koncertową. Podczas jednego z występów w Pradze, odczuwa uporczywy ból w klatce piersiowej, a w za kulisami koncertu w Niemczech słabnie. Lekarze obawiają się, że grozi mu atak serca, dlatego szybko decyduje się na operację w Hamburgu, aby temu zapobiec. W tym momencie Bowie postanawia wycofać się z życia medialnego i towarzyskiego. Przestaje udzielać wywiadów, pokazywać się gdziekolwiek – w jednej chwili staje się normalnym człowiekiem. Wyjątkiem był tylko występ z Alicią Keys w piosence Change, ale po nim opowiadał swoim kolegom, że bierze urlop i póki co nie będzie nagrywał nowych płyt i dawał koncertów. Tak też się stało. W 2012 roku głośno było o jego występie podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie, ale sam zainteresowany odrzucił tę propozycję. Media spekulowały, że być może jest on chory i na stałe wycofał się ze świata showbiznesu, a inni mówili, że muzyk po prostu się wypalił i przeszedł na muzyczną emeryturę.

Po dziesięciu latach, zupełnie z zaskoczenia, zapowiada swój comeback i wydaje płytę The Next Day. Muzyk oznajmia nam, że jeszcze nie skończył z muzyką, że wciąż ma jeszcze coś do powiedzenia. Płyta okazuje się sukcesem – bez większej promocji, ale z przemyślanym marketingiem. Bez bywania na ściankach i w blichtru świateł, ale z mocnym przekazem w tekstach i pewnej epickości, którego nie można odmówić temu krążkowi. Wokalista oznajmia również światu, że nie będzie już koncertował, jego występy odchodzą tym samym na emeryturę. Chce się jednak skupić na nagrywaniu nowego materiału. Mamy rok 2015, a wokalista zwiastuje nam nowy album ★ (Blackstar), tytułowym singlem. Mimo powolnego wchodzenia w siódmą dekadę życia, ma się wrażenie, że wciąż jest dwudziestolatkiem, który nie pokazał nam jeszcze na co go stać. Świetnie pokazują to teledyski do wcześniej wspomnianej Czarnej Gwiazdy i nie mniej intrygującego Lazarus. To muzyka jest teraz jego głównym środkiem przekazu i jak widzimy, stawia go ona na piedestale wśród największych tego świata. ★ to arcydzieło, to płyta, która stanie się klasykiem i wspomnicie moje słowa za kilkanaście lat. Będzie to płyta ponadczasowa. Taka, która nie ulega światowym trendom, ale jest mistrzowsko wyprodukowana i zaśpiewana przez geniusza muzycznego naszych czasów. Muzyk tym samym podtrzymuje swoją wielką legendę, a przy tym wydaje się bardzo wyrachowany i odrealniony. On jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, jego legenda wciąż się tworzy!



