Olśniewająca Brodka w Toruniu. Relacja Łukasza Jaćkiewicza

To był dzień, na który czekałem długo. Z jednej strony jedna z moich ulubionych polskich wokalistek, z drugiej materiał z jednego z najlepszych wydawnictw polskich tego roku. Brodka z Clashes, podejście drugie. Jeszcze lepsze niż się spodziewałem.

To było moje drugie zetknięcie się z materiałem z Clashes na żywo. Pierwsze nastąpiło kilka miesięcy temu podczas jednego z premierowych koncertów w Operze Leśnej w Sopocie. Już wtedy byłem pod wrażeniem tego co się wydarzyło na scenie, nie spodziewałem się jednak, że w CKK Jordanki zabrzmi to jeszcze lepiej! Nowoczesne wnętrze tej sali koncertowej sprawiło, że był to wymarzony koncert jeśli chodzi o dźwięk, akustykę i inne sprawy techniczne w tym miejscu. Tu wszystko się zgadzało co do milimetra i co do ostatniego dźwięku kończąc.

Opowieść o koncercie trzeba by było jednak zacząć od fenomenu Brodki i tego co wypracowała sobie przez lata. Od dziewczyny z Idola i piosenki Ten, po zniewalającą Grandę, EPkę Lax aż do alternatywnego Clashes, którym podbiła serca starych jak i nowych słuchaczy. Droga długa, pełna sukcesów i nagród. Mam jednak wrażenie, że dopiero teraz pokazała nam swoją duszę, pokazała to, co jej w najgłębszych zakamarkach gra. Jeśli spojrzymy na ten materiał z góry, to różni się on od poprzednich płyt wszystkim. Całkowite inne brzmienie, różne spojrzenie na muzykę i dźwięki, świetne dopasowania głosowe. To mogło by się oczywiście nie udać, ale gdy posłuchamy tej płyty, od razu jawi nam się fenomen Brodki. Kobieta kameleon, wokalistka o stu twarzach, muzyk o wielu talentach.

Co jednak najważniejsze, ten materiał broni się koncertowo, a nawet w niektórych momentach brzmi jeszcze bardziej fenomenalnie. Brodka zaprosiła do koncertowania wielu utalentowanych muzyków, którzy sprawili, że nabrało to jeszcze większej przestrzeni. Tu wszystko się zgadzało. Dźwięki były dopracowane. Ba! Było ich tyle, że trudno było się połapać i skupić na jednym instrumencie. To brzmiało naprawdę zniewalająco. Z jednej strony mieliśmy dźwięki piły, złagodzone o instrumenty smyczkowe. Dalej były trąbki, puzony i on. Krzysztof Zalewski – człowiek orkiestra, który z pewnością sam dałby radę zagrać na wszystkich instrumentach. Była też pani organistka, która chyba najbardziej była oderwana od rzeczywistości w tym zespole, jeśli chodzi o codzienność – brzmiała świetnie. Nie zapominam też o świetnej grze na perkusji i gitarach. Tu swoją rolę miała też Brodka, która prawie przy każdej piosence brała w rękę gitarę i dodawała od siebie kolejne riffy.

Na scenie zaprezentowane zostały chyba prawie wszystkie utwory z Clashes na czele z pięknym Horses, Santa Muerte czy nowym singlem wokalistki – Up In The Hill. Największym chyba zaskoczeniem dla mnie było wykonanie My Name Is Youth. Jeśli wersja studyjna brzmi bardzo hipisowsko i dziko, to wersja koncertowa jest stokrotnie jeszcze bardziej na plus. Cieszę się również, że nie zapomniała o starszych utworach. Tu prym wiodło Dancing Shoes i K.O. Ku mojemu zaskoczeniu na bis usłyszeliśmy także mój ukochany kawałek Brodki, francuskojęzyczne Excipit. Śpiewałem od początku do końca. Szkoda natomiast, że nie pojawiła się Granda.

Koncerty Brodki w amfiteatralnych miejscach to najlepsze co mogło się zdarzyć tej jesieni. Wokalistka swoją trasę dopracowała w najmniejszych szczegółach i jeśli nawet wydaje Wam się, że bilety na jej koncerty są dość drogie, to po koncercie stwierdzicie, że było warto. Jeśli macie okazję pojawić się na którym z nich, nie zastanawiajcie się bo bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

Czytaj również