Często ma się wrażenie, że to nie zwycięzcy telewizyjnych talent shows robią największą karierę, ale ci, którzy odpadli nieco wcześniej z tej nadmuchanej sztucznością rywalizacji. Chcą o sobie przypomnieć, tudzież odrobinę pokazać się światu, aby po pewnym czasie wykorzystać to, robiąc projekty nie pod dyktando podpisanych kontraktów czy umów z wielkimi stacjami telewizyjnymi. Tak było z Ollym Marsem – musiał obejść się smakiem w finale brytyjskiego 'X Factora’, choć absolutnie mu to nie zaszkodziło w robieniu tego co kocha. Skutkiem tego na scenie zaistniał wokalista, który garściami czerpie z twórczości m.in. Robbie’go Williamsa i Bruno Marsa. Tylko czy potrzebny jest nam kolejny artysta tego pokroju, skoro autorzy takich megahitów jak Candy oraz The Lazy Song mają się całkiem nieźle i nie zamierzają ustępować nowemu koledze?
Bohater tej recenzji ma wszelkie atrybuty, aby osiągnąć wielki komercyjny sukces: niezaprzeczalny wdzięk, imponującą charyzmę, dobrze ukierunkowaną ambicję, pomoc szefa wytwórni Syco Simona Cowella, za którym z kolei stoi cała armia najlepszych producentów muzycznych oraz przyjemny, do granic radiowy falset którym co najważniejsze całkiem umiejętnie operuje czarując zarówno na koncertach, jak i przez swoje płyty. Falset, który moim zdaniem jest przyjemny tyko przy krótkotrwałej styczności z nim. W miarę odsłuchu Never Been Better staje się albowiem akceptowalny, a potem niemal irytujący pod koniec podstawowej wersji wydawnictwa, gdzie w niby-balladach Let Me In i Tomorrow próbuje oszukać nie tylko swoich słuchaczy, ale również samego siebie śpiewając m.in. And I can’t take the way that you look at me. Wydaje się, że Olly nie wierzy w tekst utworu pomimo faktu, że to on figuruje jako jeden z autorów; nie daje z siebie tej pasji, którą słyszeliśmy na jego debiucie z 2010 roku. Podobnie jest z, kolokwialnie mówiąc, odklepaną, nieco wymuszoną power balladą zatytułowaną Nothing Without You czy nagraną całkowicie bez polotu Hope You Got What Out Came For; do cna schematyczną w której dostrzec można rockowe motywy z podniosłymi chórkami. Te chórki czynią z niej mimo wyczystko najbardziej znośną z powyżej wymienionych propozycji.
Olly Murs jednak nie zdobył tak dużego sukcesu na Wyspach za sprawą swoich ballad. Wręcz przeciwnie – powszechny jest jego wizerunek jako grzecznego chłopca z sąsiedztwa, nagrywającego lekkie radiowe przeboje. Jego trzy ostatnie albumy (wliczając w to recenzowany) zdobyły szczyt brytyjskiej listy sprzedaży albumów, rozchodząc się tam łącznie w milionowych nakładach. Już w otwierającym krążek Did You Miss Me? wokalista niemal pyta, czy aby o nim nie zapomnieliśmy. Jednak trudno zapomnieć o kimś, kto w ciągu czterech lat wydaje cztery studyjne płyty (!), z których każda staje się niemałym hitem. Mówiąc strickte o wspomnianym kawałku, to jedna z najmocniejszych pozycji. Elektronika nie przyprawia tu o ból głowy jak to bywa u jego kolegów z branży, a funk-ujący refren to spora dawka energii rodem z dyskografii Justina Timberlake’a. Nie mogło zabraknąć rzecz jasna popularnego ostatnio trąbkowego motywu. Dalej zapoznajemy się z dwoma duetami: Wrapped Up z Travie McCoy i Up w stylu country z gościnnym udziałem Demi Lovato. Pierwszy z nich to idealnie skrojony numer pod możliwości i wizerunek Olly’ego; z chwytliwym beatem i tekstem łatwym do zaśpiewania nawet mało zaawansowanym w nauce języka angielskiego słuchaczy. Trudno nie docenić energetycznego Up, które zasługuje na uwagę głównie za sprawą hipnotyzującej wręcz panny Lovato. Swoją drogą sprytny chwyt zastosowano przy Never Been Better. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty Olly’ego (Troublemaker z Flo Ridą), tutaj mamy duety z artystami rodem z amerykańskiej Billboard100 z czego wnioskować można, że team Mursa ma chrapkę na rozgłos również po drugiej stronie Atlantyku.
Nową jakość przynosi nam track nr 5, który różni się od wcześniejszych utworów Brytyjczyka. Wyjaśnienia tego problemu nie trzeba długo szukać. Wystarczy bowiem zajrzeć do bookletu, gdzie odnajdziemy nazwisko jednego z najbardziej płodnych ostatnimi czasy wyjadaczy, wokalistę OneRepublic Ryana Teddera. Seasons to miękka popowa piosenka, w której 'mało Mursa w Mursie’. Podobnie jest z utworem Stick With Me, w którym Olly swoją osobowość poświęcił na rzecz natarczywego beatu i dźwięków instrumentaliów za które zwykłem chwalić artystów (tu też należą się ukłony, chociaż skromne). Jednocześnie uprzedzam – na darmo na liście twórców utworu szukać możecie Avicii’ego i sampli z jego Wake Me Up. Choć podobieństwo jest niezaprzeczalne.
Wokalista śmiałością wykazał się w nadaniu nowemu wydawnictwu tytułu Never Been Better. Nie łatwo jest jednoznacznie potwierdzić tę tezę, skoro obok naprawdę dobrych popowych kawałków mamy mnóstwo pustych zapychaczy. Czwarta pozycja w dyskografii każdego muzyka to znak, by poeksperymentować, zmienić coś i nie trzymać się zachowawczo bezpiecznych radiowych dźwięków. Olly Murs nie wykorzystał tej okazji. Co więcej, jeszcze bardziej pogrąża się w przeciętności, przez co jego najnowszy krążek odkrywczym nazwać niepodobna. Dostajemy więc kolejny produkt, którego sprzedaż 'pociągną’ jedynie singlowe pewniaki.
