MENU

    Olivia Rodrigo spilled her guts in London. Relacja z koncertu na O2 w Londynie

    Na wypełnionej po brzegi londyńskiej O2 pojawiają się cztery fioletowe świeczki w kształcie tytułu drugiego albumu artystki. Tłum po raz pierwszy tej nocy wznosi gwar i zaczyna klaskać. Wraz z upływem czasu świeczki zaczynają się kurczyć a każda wypalona z nich wprawia zebranych fanów w ekscytacje, że show się zaraz zacznie. Gdy ostatni płomyk gaśnie światła na arenie ustępują ciemności, pojawia się czarno białe wideo z biegnącą w kierunku sceny artystką. Na scenę wychodzi band zaczynając grać bad idea right? aby chwilę potem, ubrana w srebrno cekinowy strój pojawiła się ona – Olivia Rodrigo.

    To nie jest mój pierwszy koncert Olivii. Dwa lata temu miałem okazję widzieć ją podczas jej pierwszej trasy Sour Tour, gdy dała koncert w paryskiej Zénith Arenie. Nie ukrywam, że ówczesne show zostawiło po sobie lekki nie dosyt, Liv zdawała się być zestresowana samą ideą grania koncertów. Brakowało mi wtedy interakcji z publicznością, dawał się we znaki brak jakiegokolwiek telebimu a same show zamknęło się w godzinie. Byłem też na O2 dwa dni temu, także mniej więcej wiem czego się spodziewać. Jednak przejście z wysokich trybun na dolne rzędy sprawiają, że odbiór wizualizacji i samej energii jest zupełnie inny.

    Trudno nie porwać się w wir emocji, gdy rewelacyjne bad idea right? przechodzi w równie punkowe ballad of a homeschooled girl. Na scenie czuć energię, której mi wcześniej w Paryżu brakowało. Welcome to the Guts Tour – krzyczy Olivia, przy czym trudno się nie zaśmiać, bo brzmi to prawie identycznie jak wiralowe swiftowe Welcome to the Eras Tour. Potem robi się bardziej kameralnie, gdy w publikę dochodzą pierwsze dźwięki klawiszowego intra vampire . Piosenka to festiwal różnorodności, który zmienia się w łapiący za serce traidor, na którym również po raz pierwszy widzimy wtórujące artystce tancerki. Epicentrum emocjonalności następuje jednak chwilę potem, gdy grająca na fortepianie Rodrigo zaczyna śpiewać jej debiutancki singiel driving license. Na scenie pojawia się dym, a piosenkarka wraz z instrumentem zdaje się szybować wśród chmur. To wizualny majstersztyk, którym Rodrigo pokazuje, że obrobiła lekcje i że każda warstwa jej tegorocznych występów jest dopięta na ostatni guzik. Gdy milknie ostatni akord driving license, Liv opowiada o tym jak trudne było dla niej świętowanie urodzin i myślenie czy z czasem jej samopoczucie się polepszy. Na scenie pokazują się widea z lat dziecięcych amerykanki, a O2 wypełnia zamykająca album Guts piosenka teenage dream.

    Źródło zdjęcia: Savannah Vela, Knight Times

    Szybka zmiana outfitu i scenę wypełniają różowe barwy. Pięknie zagrane pretty isn’t pretty przechodzi w love is embarrasing oraz making the bed , aczkolwiek to tylko preludium do głównej atrakcji. Z dachu O2 schodzą świecące na fioletowo-niebiesko gwiazdki wraz z księżycem, który wraz z Rodrigo zaczyna latać nad zebraną nad płytą widownią. To moment interakcji, artystka podczas wykonywania logical nieustannie macha do krzyczących fanów. Księżyc zatrzymuje się na środku a Olivia ma czas, żeby podziękować za wsparcie, w szczególności wspominając, że Sour stało się dzień wcześniej najczęściej odtwarzanym w historii Spotify albumem nagranym przez kobietę. Szkoda, że jak przy okazji innego koncertu nie krzyknęła Minions, tonight we steal the moon, ale nie można w życiu mieć wszystkiego. Wraz z enough for you księżyc wraca na scenę by przenieść Rodrigo na platformę, skąd wykonuje lacy.  

    Źródło zdjęcia: El Hunt, The Standard

    Wiecie Londyn, jestem wielką fanką brytyjskiej kultury, uwielbiam Wasze słodycze, zawsze jak przylatuje do Was to zabieram ze sobą całą walizkę wypełnioną na przykład jaffa cakes (takie powiedzmy polskie delicje) ale to mi przypomina również, że jestem so american. Najnowszy utwór Rodrigo z nią grającą na fioletowo białej gitarze świetnie spisuje się live i jest świetnym wstępem do basowego hitu jealousy, jealousy, który został zagrany podobnie rockowo jak w driving home 2 u, dokumencie o tworzeniu płyty Sour, dostępnym na platformie Disney+. Guts Tour obfituje również w masę niezapowiedzianych gości. Po Sheryl Crow oraz Noahie Kahanie w mieście jak Londyn można się było spodziewać pewnej niespodzianki. Najlepszym dniem w mojej karierze był ten, kiedy zaśpiewałem z nią kilka lat temu na Glastonbury. Absolutnie ją uwielbiam. Proszę, zróbcie hałas dla pani Lily Allen! Duet, ku uciesze fanów, wykonał kultowy przebój Allen zatytułowany Smile, aczkolwiek ja osobiście spodziewałem się trochę większego nazwiska. Następnie z asystą tylko gitary rytmicznej Olivia śpiewa sourowe happier oraz favorite crime by przejść do chyba mojego ulubionego z jej repertuaru deja vu. Ten segment koncertu zamyka the grunge, którego uważałem za najsłabsze ogniwo Guts (recenzja dostępna pod niniejszym linkiem: recenzja dostępna tutaj), aczkolwiek na żywo przekonał mnie do siebie i to jego nuciłem po wyjściu z areny.

    Źródło zdjęcia: NICKY J SIMS/GETTY

    Zbliżamy się do końca setlisty więc trzeba zamknąć podstawowy set z przytupem. Rodrigo po kolejnej zmianie outfitu pojawia się w świecącej, czerwonej sukience by rozgrzać do czerwoności ludzi zgromadzonych pod dachem The O2. Popis zespołu jak i zdolności wokalnych daje podczas śpiewanych/wykrzyczanych brutal oraz obsessed, który z niewiadomych przyczyn nie znalazł się na podstawowej wersji albumu Guts. Olivia zamyka rewelacyjnym, lekko wulgarnym all-american bitch. Co to jednak za koncert bez bisów. I co to za koncert Rodrigo bez good 4 u, który pojawia się po powrocie amerykanki na scenę. Ukłony dla niej za koszulkę z napisem bad idea innit? – szkoda, że nie było jej na stanowisku z merchem, byłbym w stanie poświęcić te 40£ za taki produkt. Jedyna piosenka, która pozostała do wykonania to get him back!, która dosłownie została wykrzyczana przez megafon przez Olivie Rodrigo. Artystka znika na platformie, robiąc ostatni ukłon w stronę tłumu. To była rewelacyjny wieczór – do zobaczenia na następnej trasie, może tym razem w Polsce. Nie jest to głupi pomysł, nieprawdaż?

    Bartłomiej Pindel
    Bartłomiej Pindel
    Z wykształcenia przewodnik, jednak swoje spełnienie znajduje w muzyce. Dźwięk winyla, podróż w nieznane oraz golden hour to moje powody do uśmiechu. Dumny z wychodzenia na pole, obecnie mieszkaniec uroczego walijskiego miasteczka Aberystwyth

    Ostatnio opublikowane