Okazy zdrowia na scenie warszawskich Hybryd. Relacja z koncertu LIFE

LIFE są zespołem wyjątkowym. Niezwykła energia, która ich roznosi, zapanowała w niedzielny wieczór w warszawskim klubie Hybrydy.

LIFE pochodzą z brytyjskiego Kingston upon Hull (potocznie po prostu Hull), industrialnego miasta w hrabstwie Yorkshire, a ich twórczość przesiąknięta jest brytyjskim klimatem rodem z niższych sfer społecznych. Muzycy nie wstydzą się swojego pochodzenia, a nawet podkreślają je i szczerze o nim mówią w swoich utworach. Grany przez nich miks punk rocka i alternatywy odbija się ostatnio szerokim echem na muzycznej scenie, głównie dzięki zespołom takim jak IDLES czy Slaves.

Wstęp na warszawski koncert LIFE, pierwszy występ zespołu w naszym kraju, kosztował zaledwie 10 zł – mniej, niż zwykle pobierają lokalne, polskie zespoły. Po tym pierwszym szoku zastanawiałam się, jak będzie wyglądało zapełnienie klubu Hybrydy. O ile podczas koncertu supportu (polski zespół Cold Meat Party grający instrumentalnego rocka) parkiet pod sceną świecił pustkami, o tyle na czas występu LIFE przestrzeń ta magicznie zapełniła się ludźmi. 

Zespół ma na swoim koncie dwa studyjne albumy: wydany w 2017 Popular Music oraz świeżutki jeszcze A Picture Of Good Health, który ujrzał światło dzienne we wrześniu 2019. O ile Popular Music poruszało szeroką gamę kwestii społeczno-politycznych (m.in. niesławny Brexit, a także praca wokalisty Meza Greena w lokalnym centrum dla młodzieży zagrożonej wykluczeniem społecznym), o tyle A Picture Of Good Health to bardziej spojrzenie wewnątrz, pisane z perspektywy samotnego ojca, nadal pozostające znakomitą, zaangażowaną ilustracją egzystencji młodych ludzi we współczesnym świecie.

To właśnie utwory z A Picture Of Good Health dominowały podczas koncertu w Hybrydach: wybrzmiało aż jedenaście utworów z tego krążka. Rozpoczynając od energetycznego Excites Me, przez wykrzyczane Good Health oraz Half Pint Fatherhood, które Mez zadedykował swojemu synowi. Nie zabrakło znakomitych Never Love Again, Bum Hour oraz Moral Fibre. Frontman zespołu aż kipiał niespożytą energią i charyzmą. Scena była dla niego za mała, dlatego często z niej schodził i wykonywał utwory wśród widowni. Oryginalne taneczne ruchy Meza możecie zobaczyć poniżej! 

Nie podlega wątpliwości, że LIFE są jak rodzina – między muzykami można było wyczuć chemię. Mez przedstawił widowni pozostałych członków zespołu: gitarzysta Mick to jego brat, perkusista Stew to jego najlepszy przyjaciel, a basistka Linda jest według niego wonderful. Pomimo dominacji utworów z A Picture Of Good Health, na setliście pojawiło się kilka piosenek z Popular Music: tytułowe Popular Music, Ba Ba Ba (okraszone anegdotą o dorastaniu w Hull i łące, na której Mez “rozmawiał” z owcami) oraz Euromillions. Na wyraźnie zażądanego przez widownię bisa LIFE zagrali utwór Crawling z wydanej w 2015 EP-ki I Knew I Was A Rat.

Narzekać można na nieco sztywną publikę – tylko pierwsze rzędy sprawiały wrażenie naprawdę zaangażowanych w koncert. Częściowo może to być wina lokalizacji – gdyby koncert przenieść na przykład do klubu Hydrozagadka, na pewno znalazłoby się kilkoro chętnych do crowdsurfingu, a atmosfera byłaby bardziej ożywiona. Z drugiej strony, za cenę zaledwie 10 zł na koncercie najprawdopodobniej znalazło się wiele osób, dla których było to pierwsze spotkanie z twórczością LIFE. Trudno więc oczekiwać od nich szaleństwa pod sceną. Sam zespół wykonał kawał dobrej roboty, budując lekką atmosferę, natychmiastowo likwidując jakikolwiek dystans i niejednokrotnie prowokując publikę do śmiechu. Przede wszystkim jednak mówiła za nich muzyka, szczera, mocna, pozbawiona filtrów.

Czytaj również