Oh Wonder – Ultralife (2017), recenzja Doroty Kutnik

0
211

Każdy z nich ma za sobą kilkuletnią muzyczną przeszłość. Ona, znana też jako LAYLA, od dłuższego czasu tworzyła solową muzykę. On był członkiem zespołów Futures, Tonight is Goodbye i We The Wild. Jednak razem tworzą duet nietuzinkowy, uroczy, wyjątkowy. Kiedy zaprezentowali debiutanckie wydawnictwo, nie znalazłam na nim wad. To właśnie ten krążek odtwarzałam wtedy najchętniej. Zasłuchiwałam się w Lose It, Without You i Technicolour Beat. Światło dzienne właśnie ujrzał drugi studyjny album duetu zatytułowany Ultralife. Co tym razem zaprezentowali nam Josephine i Anthony? I jak następca imiennego albumu duetu wypada przy fonograficznym debiucie Oh Wonder?

Kariera Oh Wonder zaczęła się świetnie, cały świat pokochał piosenki tego duetu, jeszcze zanim ukazał się ich album. Jednak Josephine i Anthony wyróżniali się tym, że po pierwsze produkcją zajęli się w większości sami, a po drugie album fizycznie wydali dopiero po wrzuceniu do sieci piosenek, które się na nim znajdą. Dziwny zabieg, zdawałoby się, że nie odniosą po tym sukcesu. A jednak, fani chętnie zaopatrzyli się w swoją kopię debiutanckiego albumu Oh Wonder. Zastanawiałam się więc jak będzie tym razem, ile piosenek usłyszymy przed premierą. Okazało się, że faktycznie, duet wydał kilka singli, ale nie była to taka sama praktyka, jak poprzednio. Fani mieli nie spodziewali się więc tym razem co znajdą na Ultralife.

Może zamierzeniem było zaskoczenie słuchacza? A może zwiększenie szans na sukces komercyjny? Jeśli chodzi o to pierwsze, niestety, niespodzianka nie do końca się udała, a miejsce ekscytacji nowymi dźwiękami u mnie zajęło rozczarowanie i poczucie, że „gdzieś już to słyszałam”. Nawet wiem gdzie – na poprzedniej płycie. Chciałabym powiedzieć, że wizualnie i dźwiękowo to stare, dobre Oh Wonder i nie mieć żadnych zarzutów. Ich debiutem byłam wręcz zachwycona, to było coś nowego – totalnie pokochałam piosenki Josephine i Anthony’ego. Jednak od artystów oczekuje się też postępu, powiewu świeżości. A tego w tych kilkunastu utworach niedużo. Ale coś się znalazło – dlatego teraz o tym.

Tytułowa piosenka z płyty, czyli Ultralife mnie nie zaskoczyła, podobnie jak Lifetimes. Mimo to słucha się ich całkiem przyjemnie. Cieszy mnie to, że w Lifetimes słyszymy trochę więcej Anthony’ego, bo nie da się ukryć, że dźwięczny głos Josephine spycha wokalistę na drugi plan, a jego głos jest mniej słyszalny. Z utworów, które poznaliśmy jeszcze przed premierą krążka trafiają do mnie Heavy i oczywiście piękna, emocjonalna ballada My Friends, która jest miłą i spokojną odskocznią od utworów, do których przyzwyczaił nas ten duet. Nowe utwory nie zrobiły na mnie dużego wrażenia, nie są muzycznie odkrywcze. Jednak temu zespołowi nie można odmówić talentu, uroku i lekkości w śpiewaniu. Słychać to w takich utworach jak romantyczne All About You czy delikatne Bigger Than Love. Trochę więcej energii słyszę w Heart Strings, ale nie jestem pewna czy mocniejsze wydanie Josephine mnie przekonuje.

Prawdopodobnie nadal będę słuchała piosenek Oh Wonder z przyjemnością. Z zaciekawieniem będę śledziła promocję Ultralife i ich dalszą muzyczną karierę. Chętnie puszczę wspomniane piosenki w głośnikach, ale uczucie niedosytu pozostanie. Prawdą jest, że po drugim albumie artysty spodziewa się więcej, a ja w tym przypadku trochę się zawiodłam. No cóż, może następny album duetu mnie zachwyci?