Drugiego listopada warszawską Progresję roznieść miała rockowa energia. Na oczekiwaniach niestety się skończyło. Dlaczego? O tym w dzisiejszej relacji z ostatniego koncertu Counterfeit w Warszawie.
Brytyjski zespół miałam okazję usłyszeć już na żywo w 2017 roku. Wtedy ich występem byłam wręcz zachwycona. Panowie zaserwowali fanom doskonały koncert pełen mocnych, wyrazistych brzmień. Po tegorocznym wyszłam za to z klubu mocno rozczarowana.

O 20 na scenie pojawił się support – Vukovi. Wokalistka i gitarzysta mocno musieli się postarać, aby przebić się przez perkusistę, który przejął cały występ. Dlaczego? Bo nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia. Choć liderka starała się nawiązać kontakt z publiką, mnie do wspólnej zabawy nie zachęciła.
Równo o 21 na scenę zaczęli wkraczać Panowie z Counterfeit. W ich przypadku, na szczęście, dźwięk był znacznie lepszy i fani mogli bez problemu wysłuchać zarówno poszczególnych instrumentów, jak też wokalu.
Występ zdominowały piosenki z nowego materiału grupy, który oficjalnie, poza singlem It Gets Better, nie został jeszcze opublikowany. Jak przyznał Jamie, na pierwszym albumie przeważała w ich twórczości złość, na kolejnym złość ustępuje miejsca wrażliwości. Do mnie zdecydowanie bardziej trafia poprzednie wcielenie Counterfeit. Kolor różowy i motylki na bluzie z merchu grupy nieco kłócą mi się z ich punk-rockowym wizerunkiem, który pokochałam kilka lat temu.
Ogromną radość sprawiło mi ponowne wysłuchanie na żywo You Can’t Rely i Enough. Mocno zawiedziona byłam jednak faktem, że Panowie nie zagrali utworów takich jak Closer To Your Chest, czy Letter To The Lost, które były dla mnie „pewniakami” tego koncertu. Fani Brytyjczyków mieli za to okazję wysłuchać coveru piosenki Jumpsuit z repertuary grupy Twenty One Pilots. Fakt, wypadł on naprawdę nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę świetną perkusję, ale zdecydowanie bardziej wolałabym, aby jego miejsce zajęła jedna ze starszych, autorskich kompozycji Counterfeit.
W przypadku nowego materiału odczułam dużą potrzebę wcześniejszego osłuchania się z nim. Wokal ten sam, instrumenty również, jednak czegoś mi w nich brakowało. Może właśnie wcześniejszego, wielkorotnego przesłuchania i oswojenia z nowym charakterem twórczości zespołu.
Przez cały koncert Jamie miał świetny kontakt z publiką. Ze szczerością mówił o tym, że udało mu się pokonać ciężkie uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Wspomniał o tym, jak ważne jest dbanie o swoje zdrowie psychiczne. Za to duży plus dla niego, bo jednak artyści mają i zapewne zawsze będą mieć pewnego rodzaju wpływ na swoich młodszych odbiorców.
Wokal Jamiego brzmiał świetnie zarówno przy mocnych, jak i delikatniejszych dźwiękach. Instrumentalistom także nie mogę niczego zarzucić. Bardzo dobrze radził sobie na scenie chociażby młodszy z braci Bower – Sam – grający na gitarze elektrycznej.
Skąd więc tak surowa opinia we wstępie, skoro w sumie koncert miał też sporo plusów? Tak jak pisałam, nowy materiał dość wyraźnie odbiega od pierwszego albumu zespołu i do mnie to nieco wrogie brzmienie Counterfeit przemawiało o wiele bardziej. Niezbyt dobrze wypadło też miejsce wydarzenia. Występ w mniejszej Proximie w 2017 roku był zdecydowanie bardziej klimatyczny niż dość pusta Progresja. Największym minusem było dla mnie jednak to, że koncert zakończył się po… 55 minutach. Kiedy Jamie z bratem i perkusistą ukłonili się, a pozostali dwaj gitarzyści zeszli ze sceny ot tak, bez ukłonu, byłam przekonana, że Panowie zaraz wrócą na bis. Wrócić nie wrócili, a pozostawili duży niesmak (szczególnie wspomniani gitarzyści).
Podsumowując. Jeśli potrzebujecie naładowania rockową energią, szukajcie występu innego niż odmienione Counterfeit. Mój sentyment do grupy nie wygasa, jednak 55 minut występu, ze słabo przemyślaną setlistą, to dla mnie „drobne” nieporozumienie…

