Zapraszam na czternasty odcinek, w którym: delikatny pop-rock ze Stanów Zjednoczonych, landrynkowa elektronika z Wielkiej Brytanii oraz ktoś z piosenką kompletną – to dla fanów Mozila. Miłego odsłuchu!
Na dobry początek garść leniwych dźwięków od amerykańskiego duetu Sales. Tak jak już się rzekło – zespół pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, a dbając o szczegóły – z Orlando. W jego skład wchodzą Lauren Morgan oraz Jordan Shih. Jest to bardzo młody twór (jego powstanie datuje się na 2013 rok), który ma na koncie jedną EP-kę i jedną płytę długogrającą. Co ciekawe debiutancki album wydany został w wersji CD, w wersji winylowej (to nie powinno być wielkim zaskoczeniem w dobie odrodzenia czarnych płyt) oraz (i tu moje zdziwienie) na kasecie. A na każdej z tych form znajdziemy muzykę delikatną, spokojną, niespieszną. Lauren Morgan śpiewa tu trochę niezdarnie, ale niezwykle urokliwie i w zasadzie z tego braku siły wychodzi największa siła duetu. Natomiast Jordan Shih gra na gitarze (Morgan również) i zajmuje się elektroniką. Wychodzi nam z tego przyjemne połączenie popu z subtelnym rockiem, które kołysze i płynie sobie przez nikogo nie poganiane. Idealne na weekend!
Drugim artystą jest Bibio – Brytyjczyk, który w rzeczywistości nazywa się Stephen Wilkinson. W jego bogatej dyskografii znajduje się jedenaście płyt – nawet bardzo bogatej zważając na fakt, że muzyk ten nagrywa od 2005 roku. Ja postanowiłem wybrać tę z 2011, czyli Mind Bokeh. Za każdym razem, gdy włączam ten krążek od razu na myśl przychodzi mi, że to idealna muzyka do filmów lub reklam. I najwidoczniej nie tylko ja mam takie skojarzenia – nagrania Bibia wykorzystywane są przez Toyotę czy Amazon. Bibio ma swój własny styl (co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości), który określany jest jako połączenie inteligentnej elektroniki z folkiem. Rzeczywiście coś w tym jest, bo wykorzystuje on partie gitarowe i klawiszowe typowe dla tego drugiego gatunku, ale wszystko to podlane jest bardzo przemyślaną elektroniką. A widzieliście okładkę Mind Bokeh? Koniecznie zobaczcie, bo to w zasadzie idealne zobrazowanie muzyki. A mnie kojarzy się ona z landrynkami. Tak, z landrynkami. I jeszcze z dobrą, kameralną klubową imprezą w gronie najbliższych przyjaciół. A że lubię landrynki i przyjaciół, to nie mogę nie lubić Bibia.
I na koniec wokalistka i multiinstrumentalistka z Danii kryjąca się pod pseudonimem Mademoiselle Karen, a właściwie nazywająca się Karen Duelund Guastavino. Jest to trochę taki żeński odpowiednik Czesława Mozila – stylistyka jej muzyki, maniera jej wokalu bardzo mi go przypominają. Swoją drogą – Mademoiselle Karen jest członkinią jego zespołu, ale nie zapędzajmy się za bardzo, wszystko w swoim czasie. Tak więc – artystka ta ma na swoim koncie dwie płyty długogrające oraz jeden minialbum. Gra na tychże krążkach na gitarze, klarnecie, saksofonie i do tego śpiewa. W sumie nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nie jest jeszcze wielka gwiazdą polskiej alternatywnej sceny muzycznej, ale to nie ja tu rozdaję karty. W każdym razie – usłyszymy u niej rap (chociażby w utworze Ouaf, Ouaf), wzruszające melodie (Autobus), czy klimaty kabaretowe zbliżone do tych, które tworzy wyżej wspominany Mozil (Kochany, Kochany nagrany właśnie z Czesławem). Jednakże moim ulubionym utworem z jej repertuaru jest To ja, kobieta. Jaki to jest piękny utwór z pięknym tekstem i wspaniałymi instrumentami dętymi! Jest to, nie boję się tego napisać, piosenka kompletna. Nic dodać, nic ująć. Tylko słuchać.


