MENU

    Nothing But Thieves zagrali koncert online! Relacja Darii Radomskiej

    Chyba powoli musimy się przyzwyczajać do występów w takiej formie. Choć każdy z nas tęskni do koncertów na żywo, te wirtualne dają poczuć namiastkę normalności. Nothing But Thieves zagrali ich serię w ciągu ostatnich kilku dni, a my mieliśmy okazję obejrzenia jednego z nich.

    Tej grupy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Gdy zaczynali, grali dosłownie dla garstki osób. Teraz ich popularność rośnie w szybkim tempie. Pojawiają się na wielkich scenach, supportowali także Muse podczas ich światowej trasy. Nieco ponad tydzień temu (23/10) wydali trzeci w swojej karierze album, Moral Panic, który idealnie się wpisuje w aktualną sytuację na świecie.

    Poniekąd z tej okazji zespół przygotował dla swoich fanów biletowane wydarzenia wirtualne – nie jedno, a trzy. Miałam okazję widzieć ich na żywo kilkukrotnie na różnych etapach kariery i za każdym razem dawali z siebie dosłownie wszystko. Byłam trochę sceptycznie nastawiona do tego, jak bardzo „wirtualny świat” spłaszczy przyjemność oglądania występu i i odbierze całości przysłowiowego pazura. Jak bardzo się myliłam! Warto wspomnieć o tym, że każdy ze streamów różnił się setlistą. Do końca nie było wiadomo, co usłyszymy i zobaczymy. Zespół podkreślał, że nie chciał grać po prostu nowej płyty w całości, chciał zostawić odrobinę tajemniczości na lepsze czasy, kiedy będzie można z powrotem grać koncerty.

    Na początek otrzymaliśmy potężną dawkę energii w postaci singla z najnowszej płyty. Is Everybody Going Crazy? śmiało mogłoby pretendować do miana hymnu obecnych czasów. Potężna siła głosu Conora Masona była wyczuwalna nawet na odległość. Zaraz po nim wybrzmiał Amsterdam, piosenka pochodząca z poprzedniego albumu, Broken Machine. Pamiętam, gdy wykonywali go parę lat temu dla ogromnej publiczności na Woodstocku. Niezwykłe tempo tego kawałka zawsze wprawiało moje, nieco odrętwiałe, ciało w ruch. Tym razem nie było inaczej. Jego magia przekornie (jeśli wsłuchacie się w tekst) już chyba zawsze będzie przypominać mi o dobrych momentach. Nie mogło zabraknąć utworów z debiutanckiego wydawnictwa. Jako pierwszy z nich artyści zaprezentowali Hanging. Bardzo miło było usłyszeć po latach nieco zapomniane przeze mnie dźwięki. Potem przyszła kolej na świeżynkę – niesinglowe Free If We Want It. Była to pierwsza spokojniejsza pozycja tego wieczoru. Muszę nieskromnie przyznać, że choć początkowo nie porwał mnie ten utwór, na żywo sprawdza się bardzo dobrze.

    Po Real Love Song zespół zmienił aranż i z piątki artystów, na mniejszej scenie została tylko trójka. Ku mojemu zaskoczeniu grupa zdecydowała się zagrać jeden ze starych utworów, który zawsze chwytał za serce. Mam na myśli Last Orders w wersji akustycznej. I tym razem nie obyło się bez wzruszeń. Dołączyła do niego Soda, której aranżacja podzielona została na dwie części – akustyczną, i drugą – bardziej energetyczną. Nie jest to mój faworyt z drugiego wydawnictwa, jednakże nie mogę chłopakom niczego zarzucić.

    Po tych nostalgicznych chwilach, na setliście pojawiły się dwa nowe utwory – Unperson, otwierające Moral Panic, oraz This Feels Like the End. Pierwszy z nich przypomina mi odrobinę twórczość Enter Shikari swoją elektrycznością. Niepokojące tempo drugiego nabiera innego wydźwięku ze względu na obecną sytuację zarówno na świecie, jak i lokalnie, w Polsce. Na żywo obie piosenki są totalnym majstersztykiem. Ale hej, Nothing But Thieves nie potrafią stworzyć, a potem zagrać złego utworu. Ja przynajmniej nie znalazłam takiej pozycji wśród ich dyskografii.

    Lubicie niespodzianki? Ja średnio, ale te muzyczne często są ucztą dla uszu. Co jesień wracam do twórczości Radiohead, w tym roku nie jest inaczej. NBT chyba muszą być jakimiś wróżkami, zagrali chyba specjalnie dla mnie cover Just. Oczywiście przesadzam, ale podczas słuchania tego kawałka można było naprawdę poczuć się wyjątkowo i magicznie.

    Świętą (świetną!) trójcą zamykającą występ okazały się Sorry, I’m Not Made By Design oraz Impossible. Prawdziwą perełką okazał się niesłyszany przeze mnie wieki drugi utwór. Tutaj możliwości wokalisty zostały ukazane na najwyższym poziomie. Wszystko współgrało idealnie z dźwiękiem gitar i perkusji. Przez te kilka minut siedziałam jak zaczarowana, z otwartą buzią. Mam nadzieję, że kiedy pandemia się uspokoi, będzie mi dane usłyszeć tę wersję na żywo.

    Impossible to piękna, poruszająca ballada o miłości. Zagranie jej na sam koniec było dość ciekawym pomysłem, bo nie sposób wybić sobie ten kawałek z głowy.

    Trochę żałowałam, że nie dane było mi usłyszeć tytułowego Moral Panic, jednak może to lepiej, będę mieć więcej czasu, aby przygotować się do tego psychicznie. Poza tym, warto wspomnieć, że grupa skupiła się raczej na graniu, nie pojawiły się praktycznie żadne słowa w stronę „publiczności”, co mogło odrobinę wpłynąć na odbiór całości. Jednakże, bardzo cieszę się, że mogłam posłuchać wielu ze swoich ulubieńców. Dlatego, jeśli będziecie mieć tylko okazję, polecam wziąć udział w takim wydarzeniu. Mimo wszystko dobra zabawa i wzruszenia gwarantowane!

    Daria Radomska
    Daria Radomska
    Zawieszona pomiędzy alternatywnym graniem a zdecydowanymi krzykliwymi wokalami. Zakochana w rocku lat 80tych. Na pewno spotkasz mnie na jakimś koncercie!

    Ostatnio opublikowane