Nothing but Thieves – Nothing But Thieves (2015), recenzja Joanny Gulewicz

O tych niepozornych młokosach wiadomo jeszcze niewiele poza tym, że pochodzą z Anglii i zostali wybrani przez Awolnation na swój support. Zaintrygowana Brytyjczykami i ogromną popularnością, jaką cieszy się singiel Trip Switch postanowiłam sięgnąć po ich debiutancki krążek o trudnej do przewidzenia nazwie Nothing But Thieves. Czy warto mieć go w swojej kolekcji? Sprawdźcie.

Album otwiera rewelacyjna kompozycja Excuse Me. Utwór otwierają stłumione, kołyszące dźwięki gitary i równie kołysankowy wokal. Bliskie sąsiedztwo dźwięków wprawia mnie w przyjemne rozmarzenie a linia perkusji jest tak subtelna, że na plan pierwszy wysnuwa się sekcja wokalna. Przyjemnie. I tutaj bum! – głos nieoczekiwanie wybija się w stronę najwyższych rewirów pięciolinii, gitara atakuje nas niskim, mocnym i zdecydowanym riffem a perkusja zostaje podbita na tyle mocno, że zastanawiam się, czy czasem coś nie zostało właśnie wysadzone w powietrze. Prawdziwy dynamit. Warto zwrócić uwagę na linię głosu w pierwszej części utworu – ten gładko prześlizgujący się między dźwiękami wokal, taki wibrujący i daleki od przewidywalności – blisko tutaj do Jeffa Buckley’a, blisko.

Zupełnie inaczej rzecz wygląda w wypadku Ban All the Music. Tutaj nie znajdziecie żadnych wprowadzających przygrywek. Bazą kawałka jest dynamiczna i mocno zaakcentowana perkusja, której kroku stara się dotrzymać równie mocna sekcja strunowa. Ciekawe wrażenie instrumentalnej gonitwy zostało zbudowane dzięki niepokrywaniu się w linii gitary z sekcją perkusyjną, przy jednoczesnym zachowaniu takiego samego tempa. Dzięki temu zabiegowi mamy wrażenie, że perkusja pogania zarówno gitarę jak i wokal (choć paradoksalnie kompozycję otwiera ścieżka gitary). Ta dynamiczna pogoń zatrzymuje się dopiero w refrenie, gdzie każdy z instrumentów podąża inna ścieżką melodyczną. Pikanterii dodaje dodatkowo znaczne przesunięcie wokalu względem linii gitary, co dzięki znacznym skokom wysokości dźwięku generuje wrażenie pozornego chaosu.

Wake Up Call początkowo trzyma się tej silnej dynamizacji. Kawałek otwiera rwany, bzyczący i nieco zamglony start gitary, która popędza wokal i bardzo szybko budzi z uśpienia również perkusję, która odzywa się dopiero po kilku taktach. Mimo całkowitej zmiany motywu w refrenie, dzięki zgrabnemu wypuszczeniu na granicy obu wysokorejestrowej wstawki syntezatorowej, zwrotka bardzo łagodnie przechodzi w refren. Mam wrażenie, że przechodzę przez jakieś magiczne drzwi, za którymi czeka na mnie wysoki, czysty  i opalizujący dźwiękiem wokal, który pociąga za sobą w górę wszystkie inne dźwięki. Czarująca w taki lotny, Coldplayowy sposób!

W Itch ponownie pojawia się ta niedbała, lawirująca między dźwiękami Buckley’owska maniera wokalna. Asystuje jej zdecydowana, acz wolna perkusja i znacznie wyższa pod względem pozycji na pięciolinii gitara. Dzięki takiemu rozwarstwieniu wysokości dźwięku, utwór przybiera postać zapętlającego się w sobie echa. Kto by się spodziewał, że w refrenie nagle zrobi się tak głośno? Na pewno nie ja. Gdyby dźwięki były czymś, co można zobaczyć, ten refren z cała pewnością oślepi każdego z was! Z deszczowych, niewyraźnych, pół-szeptanych, pół-nuconych pogłosów zwrotki wyłania się jedno czyste, wysokie i bardzo gitarowe brzmienie, zbierające w sobie wszystkie składowe kompozycji. Mocno, a wokalnie bardzo blisko z kolei do Muse.

Jeszcze inaczej prezentuje się If I Get High. Bazą utworu jest dość prosty i wysoki riff, który właściwie stanowi jedynie tło dla subtelnego melodycznie ale wcale nie takiego subtelnego jeśli chodzi o natężenie dźwięku głosu. Tak naprawdę to właśnie wokal prowadzi tę kompozycję i dostraja do siebie instrumentarium. Kiedy przyspiesza, przyspiesza i perkusja, kiedy się zatrzymuje, zatrzymują się tez wszystkie instrumenty, kiedy wybija się w górę, w górę idzie również sekcja gitary. Bardzo fajnie zrobiony kawałek, w którym to ty, słuchaczu, jesteś na pierwszym planie i masz wrażenie, że to właśnie ty sterujesz całym dźwiękiem. Nie umiałam się oprzeć wrażeniu, że muzycy dość dobrze znają twórczość Travis, a zwłaszcza utwór Why Does It Always Rain On Me? Niby to zupełnie co innego, niby tonacja jest inna, melodyka podąża innymi ścieżkami, środki nieco odmienne, ale ten gest postawienia słuchacza w miejscu głosu i oddania mu całego spektrum dźwięku, pokazania jak to spektrum się zmienia pod jego wpływem to coś, co wydaje mi się wyrastać z jednego ziarna. I coś, co z cała pewnością ma w sobie magię! Bardzo podobnie został pomyślany utwór Graveyard Whistling (choć chyba trochę niepotrzebnie doprawiono go popowym refrenem) i zamykający wydawnictwo Tempt You (Evocatio) (mimo bardzo rockowego rozwinięcia).

Hostage z kolei to jeszcze inna historia. Musze przyznać, że po raz kolejny jestem zaskoczona, bo zdążyłam juz przywyknąć do systemu mocnych, dynamicznych zwrotek i kojących refrenów. Utwór otwiera głośny i bardzo silnie zrytmizowany bas, któremu nieśmiało akompaniuje wokal. Napięcie rośnie stopniowo ale proporcjonalnie – głos rośnie w siłę a z muzycznej przestrzeni wyłania się perkusja. Niech was nie zwiedzie ta drobna, przyjemnie gładka wstawka poprzedzająca refren – jest tylko po to, by za chwilę zaatakować was jeszcze pełniejszym brzmieniem. Kawałek z naprawdę dużym potencjałem na zostanie hitem wszelkich imprez nadchodzącej zimy. W podobnej konwencji zostało zrealizowane Drawing Pins.

Trip Switch natomiast takim hitem już się stało. Nie bez powodu! Chwytliwa melodyka zwrotek, z przyjemnym, trochę marzycielskim wokalem i dość oszczędne tło instrumentalne, ale za to z bardzo silnym rytmem, nadawanym głównie przez gitarę wydają się idealnie wpisywać w stylistykę  pop-rockową. Dołóżcie do tego głośny i wybijający się o kilka tonów wzwyż refren i powstanie klasyczny radiowy przebój. Fajny, nie absorbujący, miły dla ucha, choć w zasadzie w zestawieniu z innymi kompozycjami wypadający chyba jednak dość blado.

Jeśli należycie jednak do tej wąskiej grupy słuchaczy, która właśnie lubi być zaabsorbowana muzyką, zapewne polubicie akustyczne Lover, Please Stay. Utwór tak naprawdę jest budowany głównie za pomocą wokalu, bo to on prowadzi kawałek naprzód, podporządkowując sobie dość oszczędną w środkach wyrazu gitarę. Myślę, że kompozycję należy potraktować raczej jako popis umiejętności wokalnych Conora Masona, niż materiał na następny singiel i w tej roli sprawdza się dość dobrze. Przychodzą mi jednak do głowy od razu dwie rzeczy – Kissing You Des`Ree, które możecie pamiętać z najgłośniejszej wersji Romea i Julii i Hallelujah w wersji Jeffa Buckley’a. Wydaje się, że te inspiracje są tutaj dość mocno wyartykułowane.

Ja jednak należę do ludzi, którzy poza ciągotkami do muzyki absorbującej, mają też słabość do takiej z mocnym, punkowym przytupem, dlatego już któryś raz z rzędu zapętlam Painkiller. Dynamiczna linia perkusji, agresywne riffy, głos na granicy wrzasku i to charakterystyczne złożenie wszystkich dźwięków w jeden szybki, jadowity przekaz w refrenie. Jest życie, jest moc!

Muszę przyznać, że zabierałam się do tego albumu pełna obaw. Niby o nich głośno, ale jednak dopiero raczkują. Niby Trip Switch można usłyszeć wszędzie, ale w moim odczuciu niczym się nie wyróżnia. Oczekiwałam raczej muzycznych wprawek, nieciekawych i powtarzalnych melodyjek, kiepskiej techniki.. Chłopcy z Nothing But Thieves naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyli, a w niejednym miejscu kompletnie porwali i dlatego też z czystym sumieniem mogę polecić wam cały krążek.

Czytaj również