Aż trudno w to uwierzyć, ale Norah Jones wydała dopiero pierwszą w swojej karierze płytę live. Jeśli ktoś do tej pory w to nie wierzył, ’Til We Meet Again pokazuje, z jak wybitną artystką mamy do czynienia.

Pierwszy odsłuch albumu zacząłem dość nietypowo, bo od ostatniego utworu na playliście. Wystarczył tytuł, by przyciągnąć moją uwagę – Black Hole Sun. Moje skojarzenie od razu powędrowało do jednego z największych kawałków Soundgarden i po cichu liczyłem na to, że Norah przygotowała własną interpretację utworu. Nie myliłem się. To wzruszający występ i piękny aranż utworu napisanego przez Chrisa Cornella na płytę Superunknown. Po prostu brawurowe wykonanie zarówno pod względem wokalnym, jak i instrumentalnym w wykonaniu Jones. W dodatku, co dodaje tylko symboliki temu wystąpieniu, Norah Jones nagrała je w Fox Theatre w Detroit, zaledwie kilka dni po śmierci Cornella po koncercie w tym samym miejscu.
Wracając do albumu, nie mamy do czynienia z typową koncertówką. ’Til We Meet Again nie jest zapisem jednego wydarzenia na żywo. Czternaście piosenek zostało nagranych na przełomie lat 2017-2019, a repertuar sięga nawet piosenek z debiutanckiej Come Away With Me z 2002 r. (Don’t Know Why; I’ve Got To See You Again), albumu Feels Like Home (Sunrise; Those Sweet Words) czy niedawno wydanych singli, jak choćby It Was You i I’ll Be Gone. Cała kolekcja pochodzi z kilku koncertów m. in. we Francji, USA czy Brazylii.
W każdej z tych piosenek słychać od razu, że mamy do czynienia z nietuzinkową artystką. Wrażenie robi przede wszystkim niesamowity wokal Jones, dzięki któremu takim szturmem wkroczyła na scenę muzyczną niemal dwadzieścia lat temu. Nie da się jednak przejść do porządku dziennego nad jej umiejętnościami gry na fortepianie, które ten album bardzo mocno uwydatnia. Norah ma w sobie dużo lekkości i talentu do komponowania, z jednej strony lekkich i przystępnych, a z drugiej strony bardzo ciekawych i nieoczywistych fortepianowych linii melodycznych. Tym bardziej, że są to występy na żywo i wykonuje je, jednocześnie śpiewając.
Niezależnie od tego, czy jesteśmy muzykami, czy słuchaczami, wszyscy tęsknimy za przeżywaniem muzyki na żywo – powiedziała Norah Jones przy okazji premiery płyty.
I to jest refleksja, która także mnie towarzyszyła gdzieś z tyłu głowy podczas całego odsłuchu albumu. Niestety, nawet najwięksi optymiści nie widzą w najbliższym czasie szans na otwarcie koncertów i zbliżający się sezon na wydarzenia open-air już został mocno okrojony, a pewnie w najbliższym czasie dojdą kolejne informacje o odwołanych festiwalach.
’Til We Meet Again wywołuje w odbiorcy dwa bardzo sprzeczne uczucia. Jednym z nich jest na pewno wielka tęsknota za koncertami na żywo. Norah Jones należy do artystów, których koncertowe wykonania wcale nie ustępują nagraniom studyjnym, wręcz można powiedzieć, że są głębsze i ciekawsze, nadając utworom jeszcze bardziej czulszą i melancholijną nutę. I z tym łączy się drugie uczucie, już bardziej pozytywne. Otóż, w dobie pandemii i braku koncertów, jest to wspaniała okazja do obcowania z muzyką wielkiej artystki, z jej namiastką w formie live. Dostajemy na tacy selektywnie dobrany materiał, najlepsze, najważniejsze, najpiękniejsze piosenki Norah Jones od początku jej prawie 20-letniej kariery, na szczęście nie w formie składanki greatest hits, tylko koncertówki właśnie. Oczywiście, to nie to samo, co prawdziwy koncert na żywo, ale co nam pozostało w ten zimny i deszczowy kwiecień?


