Ciężko mieć do amerykańskiej wokalistki Nory Jones pretensje o to, że nowy studyjny album wydaje dopiero cztery lata po poprzednim. Po doprowadzeniu do końca promocji płyty …Little Broken Hearts artystka nie zrobiła sobie długich wakacji, po raz kolejny dając nam do zrozumienia, że bez muzyki jej życie jest niepełne. Oprócz wielu kompozycji nagranych na potrzeby mniejszych lub większych projektów, na uwagę zasługują krążki Foreverly stworzony z liderem Green Day oraz No Fools, No Fun z własną kobiecą grupą Puss n Boots. Day Breaks jest powrotem solowej Jones.
Zapewne wiele osób nie kojarzy Nory z muzycznymi zaskoczeniami i wymyślnymi metamorfozami. Jednak wchodząc głębiej w jej dyskografię, nie sposób przed premierą szóstej płyty nie rzucić było pytaniem: co teraz? Kolejny ukłon w stronę country? Kontynuacja przygody z retro popem? Dłuższa współpraca z Danger Mousem? Mroczniejsze granie znane z czasów kolektywu El Madmo? A może po prostu przypomnienie nam o pięknym, urokliwym debiucie Come Away With Me? Najbliższa prawdy jest ostatnia hipoteza. Pierwszy raz od 2002 roku Norah uczyniła z pianina instrument przewodni. Na ostatnich płytach, jak sama mówiła, wolała skupiać się na gitarach. Z debiutem Day Breaks łączy także obecność coverów.
Wokalistka sięgnęła po kompozycje Horacego Silvera, Duke’a Ellingtona i Neila Younga. Utwór tego pierwszego, Peace, w jej wykonaniu usłyszeć mogliśmy już parę lat temu. Nowa wersja kompozycji zachwyciła mnie przede wszystkim drugą połową, zdominowaną przez przykurzony saksofon. W Don’t Be Denied, piosence Younga z lat 70., Norah zapuszcza się w głąb bluesowych klimatów. Z początku nieco przeszkadzało mi wyśpiewywanie tak dużą ilość razy tytułowych słów, ale teraz sądzę, że to właśnie one budują donośny wydźwięk tego utworu i sprawiają, że zostaje w głowie na długo po wyłączeniu płyty. Ciekawym (instrumentalnym i wymruczanym), acz nieco przydługim Fleurette Africaine (African Flower) z repertuaru Ellingtona Jones żegna się ze słuchaczami.
Do grona moich ulubionych autorskich propozycji Amerykanki należy przede wszystkim niezwykle nastrojowe „Sleeping Wild”. Świetne wrażenie robią także It’s a Wonderful Time for Love, And Then There Was You oraz Once I Had a Laugh. W pierwszej z nich w głosie Nory wyczuwa się dużą, choć nieprzesadną pewność siebie. Delikatniej i bardziej „prywatnie” artystka brzmi w And Then There Was You – balladowej, romantycznej piosence, potrafiącej stworzyć intymny nastrój. Inaczej niż Once I Had a Laugh. W tym weselszym, wzbogaconym dęciakami utworze Jones bardziej się przed nami otwiera.
Z pośród pozostałych nagrań warto zwrócić uwagę na Flipside i Day Breaks. Obie celują w mocniejsze, gitarowe brzmienia. Pierwsza zaskakuje żywiołowym refrenem, a druga zdaje się być najnowocześniejszym numerem na płycie i piosenką, która przez to odnaleźć by się mogła na …Little Broken Hearts. Spragnionym łagodniejszego oblicza Nory polecić mogę ciepłe, urokliwe i takie „domowe” kompozycje Tragedy i Carry On. Nie sposób nie wspomnieć nic i o utworze otwierającym album. Burn, z pogrywającym subtelnie w tle saksofonem, jest piosenką osnutą delikatnym mrokiem.
Historia zatoczyła koło – zdaje się płytą Day Breaks przekonywać nas Norah Jones. Jednak w porównaniu do pamiętnego Come Away With Me mniej na nowym albumie niepewności, ale i dziewczęcego uroku. Dziś Norah jest kobietą, która doskonale wie, jak brzmieć ma jej muzyka. Ta zawarta na tegorocznym wydawnictwie zaskakuje gustownością i elegancją. Jest to także płyta bardzo kameralna. Tak blisko słuchacza Jones nie była od przeszło dekady. Nie wydaje mi się, by ktoś dotąd trzymający Norę na dystans, nagle zakochał się w jej twórczości, lecz jeśli szukacie przyjemniej płyty na wieczór z książką i gorącą herbatą, Day Breaks idealnie sprawdzi się jako muzyczne tło do tej czynności. Warto więc zrobić sobie tytułową przerwę i uciec od codzienności w świat ciepłych kompozycji artystki.

